I kto tu nienawidzi dzieci?

Ale tego, czy tak jest, nikt nie sprawdzał. Entuzjazm dla nowości, dogmatyczna wiara w to, że wszystko co technicznie możliwe powinno być natychmiast wprowadzane w życie, przesłoniły medykom niebezpieczeństwa (oczywiste dla każdego, kto nie jest ślepym entuzjastą nauki), jakie rodzić mogą tego typu techniki reprodukcyjne. A żeby ślepoty tej nie dało się przerwać, by nie pojawiły się rysy na medycznej bezproblemowości zapłodnienia in vitro, to badania na ten temat są do tej pory utrudniane i ograniczane. Rodzice i lekarze często nie godzą się na uczestnictwo ich potomstwa w badaniach, a nawet ukrywają (także w oficjalnych dokumentach) dane o tym, w jaki sposób ich dziecko powstało.

Słabsze dzieci

Mimo to pojawiły się już pierwsze poważne wyniki badań. I wcale nie napawają one optymizmem właściwym obrońcom zapłodnienia in vitro. Choć szczątkowe, pokazują jednoznacznie, że technika ta ma liczne, nieprzewidywalne efekty uboczne. Najczęstszym efektem tego typu poczęcia, może jeszcze niegroźnym, ale zasługującym na uwagę, jest fakt, że dzieci powstałe w wyniku procedury zapłodnienia pozaustrojowego rodzą się zazwyczaj z o wiele mniejszą (niską lub nawet bardzo niską) masą urodzeniową w porównaniu z dziećmi poczętymi normalną metodą. Wystarczającym wyjaśnieniem tego zjawiska nie jest zaś fakt – jak wynika z badań opublikowanych na łamach „New England Journal of Medicine” – że ciąże IVF są częściej niż w pozostałej populacji ciążami mnogimi. Ryzyko urodzenia dziecka z niską lub bardzo niską wagą urodzeniową nie da się wyjaśnić także przez różnice w wieku matek, w materialnych warunkach rodziców itd. Zdaniem naukowców wynikają one raczej (choć zastrzegają, że sprawa wymaga dalszych badań) z samej metody zapłodnienia in vitro.

U dzieci poczętych taką metodą ponadtrzykrotnie częściej występują zespół Beckwith-Wiedemanna i zespół Angelmana. W standardowej grupie badawczej schorzenie to występuje raz na 15 tys. urodzin, wśród...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: