Achtung Russia! Kolejna prowokacja Kremla

To nie pierwszy raz, gdy Władimir Putin szuka lekarstwa na spadającą popularność, kłopoty wewnętrzne i w polityce zagranicznej w prężeniu militarnych muskułów. Pytanie, czy manewr uda się i tym razem.

Kilka dni po tym, jak rosyjskie okręty zaatakowały jednostki ukraińskie w Cieśninie Kerczeńskiej, narracja w większości mediów była następująca: żadnej stronie nie zależy na eskalacji konfliktu, mało prawdopodobne jest, że ukraińsko-rosyjski spór przerodzi się w wojnę o dużo szerszym zasięgu. Zachodni przywódcy mają na tę chwilę dość własnych kłopotów, by za wszelką cenę szukać polubownego rozwiązania i rozproszenia napięcia. Nie wiadomo natomiast, czy mają tyle siły, by na dobre przeciwstawić się imperialnej polityce Rosji.

Przebieg incydentu
Zespół trzech okrętów Marynarki Wojennej Ukrainy wyruszył 24 listopada z Odessy w kierunku Mariupolu, gdzie miał dołączyć do zgrupowania stacjonującego tam od września bieżącego roku. Wśród trzech okrętów były dwa niedawno wprowadzone do służby kutry artyleryjskie typu Giurza-M „Berdiańsk” i „Nikopol” oraz holownik „Jany Kapu” wybudowany w latach 70.
Rankiem 25 listopada do ukraińskiego zgrupowania po raz pierwszy zbliżyły się okręty Ochrony Brzegowej Służby Granicznej FSB Rosji. Oficjalną przyczyną interwencji podawaną przez stronę rosyjską miało być naruszenie wód terytorialnych Krymu, które po aneksji półwyspu Rosjanie uznają za wody terytorialne Federacji Rosyjskiej. Jednak według raportu przygotowanego przez Ośrodek Studiów Wschodnich mało prawdopodobne jest, że ukraińskie okręty znalazły się bliżej niż 12 mil morskich od brzegu. „Świadczy o tym brak w przedstawionych przez FSB sprawozdań specyfikacji miejsca, w którym miało dojść do rzekomego przekroczenia linii granicznej (w informacjach dotyczących późniejszych wydarzeń koordynaty są przez FSB podawane)” – możemy przeczytać w raporcie.
W rosyjskiej akcji wzięły udział także samoloty szturmowe Su-...
[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: