Political fiction 2. Powrót Wolanda

Ławeczka w Łazienkach. Redaktor Kochnik rozmawia z młodym poetą, tłumacząc mu oczywisty błąd w jego wierszach. 
 
– Twoja twórczość antyreligijna jest już nnnnie na czasie – tłumaczy podłamanemu twórcy. – Udawadnianie, że Bóg nie istnieje albo że Jezusa wymyślono, dobre było za bobooolszewików. Teraz bóg musi pracować dla, dla, dla nas. 
– Jak to? – wykrzyknął przerażony poeta. 
– Bóg musi być tolerancyjny, popierać gegegender, a najlepiej promować gejów. 
– Ale to spowoduje, że ludzie znowu zaczną w niego wierzyć – bronił się ostatkiem sił.
– I o tototo chodzi – tłumaczył redaktor Kochnik. – Jak nie będą wierzyć w naszego boga, to uwierzą w swojego i cała nasza praprapraca na nic. Jeszcze mi każą służyć do Mszy albo zarządzą celibat, kto to, k…, wytrzyma. 
Koło ławki przechodził elegancki cudzoziemiec. W sposób niezauważony dla rozmówców przysłuchiwał się ich dialogowi. W pewnym momencie chrząknął i odezwał się do redaktora.
– Jeśli można – rzekł z lekkim akcentem, wskazującym na długi pobyt za granicą. 
– Co można? – spytał niechętnie redaktor. Odczuwał jeszcze skutki cotygodniowej debaty naczelnych u Jurka Świni. Kac na upał nigdy nie jest przyjemny. 
Niezrażony cudzoziemiec kontynuował: – Pan zdaje się jest postępowcem?
Kochnik ożywił się: – Pewnie ostatnim w tym zaścianku – niemal uśmiechnął się, dumny ze swojej postawy i inteligencji. 
– I jako postępowiec życzy pan sobie, żeby bóg jednak istniał? – dopytywał przybysz. 
Kochnik postanowił powtórzyć swój wywód, tłumacząc, że lepszy bóg z postępowymi zasadami niż zakazany Bóg, który narzuca reguły rodem ze średniowiecza. 
– To w takim razie diabeł też istnieje?
Początkowo redaktor Kochnik chciał parsknąć na cudzoziemca, reagując na słowo diabeł jak oparzony. Potem jednak zdobył się na kolejny wykład. 
– Diabeł jest niepotrzebny. Nasz bóg jest po jednej i drugiej stronie. Nikt nie jest wywywwykluczony...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: