Śmiech na barykadach

Między obiegami

Jacek Fedorowicz miał duszę prawdziwego artysty. Malował obrazy, uwielbiał grać na scenie i pisać. I jak każdy prawdziwy artysta był trochę pyszny. W ramach tego samozadowolenia zamarzył sobie, że wyda książkę. Motywowała go wizja swojego nazwiska na okładce. I kiedy w końcu ją w 1972 r. napisał, cenzura dała zalecenie usunięcia kąśliwych wątków w stosunku do Związku Młodzieży Polskiej. Fedorowicz na ingerencję się nie zgodził, rezygnując tym samym z realizacji swojego marzenia. W książce „Ja, jako wykopalisko” tłumaczył żartobliwie, że było to raczej wynikiem zachwytu z treści książki w jej pełnym kształcie niż buntem. Ale nie zmienia to faktu, że nieustępliwość cenzurze była cechą Fedorowicza i wtedy, i później. Otaczał się też ludźmi nieustępliwymi. Jak wtedy, gdy ze Stanisławem Bareją walczył o ich pierwszy wspólny scenariusz filmowy komedii „Nasz człowiek w Warszawie”. Mimo że Bareja był wprawiony w bojach, jeśli chodzi o różne triki mające na celu wyprowadzenie cenzury w pole, filmu nie puszczono.

Wojciech Młynarski otwarcie mówił, że zawsze zależało mu na dużej publiczności. Występy w drugim obiegu nie wchodziły zatem w rachubę. Często tłumaczył, że przedstawienia w kościele czy teatry domowe nie pasowały do jego temperamentu. Chciał błyszczeć. Choć niektórzy zarzucają satyrykowi zbyt dużą ugodowość czy czasem wręcz podległość, to jednak Młynarski potrafił umiejętnie lawirować pomiędzy obiegiem oficjalnym i tym opozycyjnym. Jego kasetę wydało drugoobiegowe wydawnictwo Nowa, choć Młynarski wcale się o to nie starał, i w 1988 r. został za nią zaszczycony nagrodą Solidarności. A był to repertuar, na który cenzura wydała wcześniej zgodę! To paradoks, ale też dowód na spryt artysty. Ale jednocześnie Młynarski był w opozycji do oficjalnego obiegu. W 1976 r. podpisał protest intelektualistów zwany „Listem 101” i przez to na rok zniknął z oficjalnych mediów i dostał zakaz publicznych występów. Gdy ogłoszono...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: