„Jednak jesteście szaleni!” Gdy warto się wysilić

Są takie chwile, gdy spoglądasz w swoje życie i stwierdzasz, że „to było naprawdę dobre”. Nawet gdy wtedy kląłeś pod nosem, że zaraz pewnie umrzesz z wyczerpania.


„Owszem, takie były założenia wyprawy. Miało być ciężko. Miało być trudno. Ale nie aż tak!” – myśli przewijają się przez głowę. Z czasem nawet i one ustaną. Na pewnej wysokości po prostu i z logicznym myśleniem pojawiają się kłopoty. Wszystko przez brak tlenu...

Wybraliśmy się we dwóch w Himalaje. Tata i ja. On – taternik. Ja – nieopierzony synalek. Ten od logistyki i map. Dziś nie wiem, który z nas miał trudniejsze zadanie. On z rozbijaniem namiotu na zamarzniętym lodowcu przy trzaskającym mrozie czy może ja, analizujący posplatane izohipsy na fatalnej nepalskiej mapie. Kartograf nawet nie zarejestrował, że szlak idzie po drugiej stronie narysowanej niedbale rzeki…

Był koniec lutego. Mieliśmy iść po śladach poprzedników. Dopiero po kilku tygodniach błąkania się i zejściu w doliny dowiemy się, że poprzednicy – owszem – byli. Ale ostatni zeszli z gór w listopadzie zeszłego roku. Od tamtej pory, gdy zima zawitała w góry, nikogo tu nie widziano. My mieliśmy być w tym roku pierwsi. Dobre i to. Można się przynajmniej uśmiechnąć. Dopiero gdy jest już po wszystkim.

Wtedy jednak, gdy byliśmy schowani tam wysoko, nie było nam wcale do śmiechu. Choćby dlatego, że brak szlaku zmusił nas do szukania schowanej pod śniegiem trasy. Zabłądziliśmy, trafiając do głębokiego źlebu. Trzeba się było z niego jak najprędzej wydostać. I wtedy się zaczęło. Walka z sypkimi niczym piach skałami zbocza żlebu. Chowanie się przed spadającymi na nas serakami [elementami lodowca – przyp. red.], topniejącymi od operujących coraz odważniej promieni słońca. Gdy wreszcie pojawiły się nad nami sępy, zacząłem mieć wątpliwości. Czy one już wiedzą, jak to ma się zakończyć?

Po kilku dniach leki przestały działać i głowa zaczęła odczuwać skutki choroby wysokościowej...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: