Reżyseria protestów. Dwie próby przewrotu

Lato 2010 r., Warszawa. Krakowskie Przedmieście. Pod Krzyżem Pamięci stoją modlący się za ofiary katastrofy smoleńskiej. Spokojnych ludzi atakują zwolennicy Platformy Obywatelskiej, niektórzy z nich są pijani. Słychać krzyki, przekleństwa i wyzwiska. W tłumie z zadowoloną miną przechadza się Helena Łuczywo, do niedawna zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Towarzyszy jej uśmiechnięty Seweryn Blumsztajn z „GW”, który mówi o „wspaniałym społeczeństwie”.

„Nie ma powodu, żeby demokratycznie wybrana władza negocjowała z grupą uzurpatorów. Nie można też rozmawiać z ludźmi, którzy znieważają przywódców demokratycznego państwa” – to nie są słowa żadnego konserwatywnego publicysty ani też polityka prawicy. Napisał je siedem lat temu, 12 sierpnia 2010 r., na łamach „Gazety Wyborczej” Seweryn Blumsztajn.

Motłoch, czyli zwolennicy prawicy
Na ostatnich demonstracjach można było zobaczyć tych samych ludzi, którzy siedem lat temu atakowali obrońców krzyża – zwolenników totalnej opozycji, środowisk gejowskich, ekologów, a także tych, którzy uwierzyli w propagandę antyrządowych mediów. Mało kto ze zwykłych protestujących wie, że protesty są zaplanowane i stoją za nimi współpracujący z politykami PO specjaliści od PR. Wystarczy przejrzeć retorykę sprzyjających PO mediów sprzed siedmiu lat i tę obecną, by się przekonać, że wykorzystywane są bardzo podobne metody, tyle tylko, że wówczas atakowano opozycję za protesty, a dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni. W czasach rządów PO wicenaczelny „GW” Jarosław Kurski pisał o „permanentnym rokoszu PiS przeciw demokratycznemu państwu” i tłumaczył skandaliczne słowa Władysława Bartoszewskiego, który protestujących nazwał „motłochem”.
„Słownik języka polskiego słowo »motłoch« definiuje jako: tłum ludzi zachowujących się niekulturalnie, wywołujących burdy, bijatyki. Podaje synonimy: hołota, swołocz, tłuszcza. Można dyskutować nad doborem słowa. Ja, choć tak...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: