Kormorany do kąta. Osada rybaków, żaglówek i ptaków

Kąty Rybackie. Nawet ładna nazwa. Taka zgrabna i o niezwykłej wymowie. W życiu bym się nie spodziewał, że może tak namacalnie oddawać rzeczywistość tej liczącej ledwie siedmiuset mieszkańców osady.

Gdy spojrzymy na mapę w nieco mniejszej skali – takiej obejmującej cały Zalew Wiślany – szybko zrozumiemy, co miał na myśli nadający jej nazwę. I raczej nie był to angielski kupiec Wilhelm Ramsey: ten sam, który jeszcze w 1680 r. wbił palik pod pierwszy historyczny dworek tutejszej osady.

Kąty Rybackie. Takiej nazwy Anglik by nie wymyślił. To musiał być ktoś „nasz”. W dodatku z wizją oraz z prawdziwym poczuciem humoru. Gdy wrócimy do mapy, zobaczymy wioskę wciśniętą w północno-zachodni narożnik wielkiego Zalewu Wiślanego. Leży w maleńkiej zatoczce, tworzącej jakby oddzielny, najbardziej na skraj wysunięty narożnik akwenu. Stąd „kąty”. A że „rybackie”? Cóż…

Nieopodal zabetonowanego brzegu Zalewu Wiślanego kołyszą się jachty. Stoi też barka, którą każdego ranka turyści wypływają na zazwyczaj niespokojne wody zalewu – na skutek wiejących tu często wiatrów poziom wody potrafi zmienić się nawet o półtora metra w ciągu doby. Stoją zacumowane kutry. Nieopodal portu jest też coś jeszcze.

Nieco przygarbiony. Z kapturem na głowie. Łapczywie ściska dopiero co złowioną rybę. Jest tak wielka, że przykrywa prawie jedną trzecią jego ciała. Ale mężczyzna trzyma ją bez większego wysiłku. Dla mnie – jasna symbolika, pomnik tutejszych bohaterów.

Wypływają każdego ranka. Część na otwarte wody zimnego Bałtyku. Część na akwen Zalewu Wiślanego. Ci drudzy wcale nie mają łatwiej, a to ze względu na przybywających w to miejsce amatorów żeglugi. Zwłaszcza tej śródlądowej, którym znudziło się już pływanie po spokojnych jeziorach. Dla nich bowiem Zalew Wiślany stanowi idealne wręcz przedszkole. Dla rybaków zaś to dodatkowa trudność. Do tej pory jedyne, o co musieli się troszczyć, to pogoda i pływy. Teraz dochodzą świdrujące...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: