Ukryty skarb. Perła zachodniopomorska

Podświadomie czuję, że nasz kraj obfituje w setki takich miejsc. Bywa, że ich odkrycie – często zupełnie przypadkowe – stanie się kluczem całej naszej eskapady.

Trzask drzwi i autobus rusza dalej. Jeszcze przez chwilę słyszę głośny warkot jego silnika. Po chwili nawet i on ustaje. Opanowuje mnie dziwne uczucie. Oto zostałem sam na przystanku pośrodku miejscowości, której nazwy – o zgrozo! – nawet nie pamiętam. Nie to miejsce miało być celem mojej wędrówki po Zachodniopomorskiem. Miała tym być raczej Odra. Słynna, wielka, wylewna. Płynąca w tej okolicy już dwoma korytami.
Odrę jednak zna chyba każdy. – To wszystko jest takie oklepane. Banalne – mieszkający tu od urodzenia Przemek nie był zachwycony moją wizją zwiedzania jego ziemi, w której główną rolę odgrywała właśnie druga co do wielkości rzeka w Polsce.
– A masz inne propozycje? – zapytałem prowokacyjnie.
– Podjedź sobie chociaż do pobliskiego Wełtynia.
– Gdzie, przepraszam? – tu po raz pierwszy zetknąłem się z obcą dla mnie nazwą.
I tak po kilku godzinach od rozmowy zatrzaskiwałem już za sobą drzwi odjeżdżającego z przystanku w Wełtyniu Ikarusa. Zostałem ja i Wełtyń.
– Przepraszam… Kościół Matki Bożej…
– Matki Bożej Różańcowej? – zapytana babuleńka tylko uśmiechnęła się znacząco i dalej szła wzdłuż szosy. – Panie kochany, tutaj pan skręci w prawo i zaraz będzie kościół. Ale o tej porze zamknięty już raczej.
Świątynia stoi nieco w oddali od głównej ulicy wsi. Nic tu już nie jeździ. Tylko jakaś pani w długiej ludowej spódnicy opiera swój rower o murek otaczający kościół.
– Otwarty jeszcze? Zdążę wejść? – pytam z nadzieją.
– Oj, przykro mi… Właśnie zamknęłam.
– A, to pani ma klucze… – pytam ze smutną miną, mając gdzieś z tyłu głowy jeszcze odrobinę nadziei.
– A co? Chciałby pan zobaczyć wnętrze, tak?
– Słyszałem od znajomego, że ponoć warto. Specjalnie po to tu przyjechałem – dodaję szeptem.
– A choć...
[pozostało do przeczytania 47% tekstu]
Dostęp do artykułów: