W krainie fake news

Kłamstwo w debacie publicznej w najmniejszym stopniu nie jest weryfikowane przez media. To w pewnym sensie nowość – łgarstwa na taką skalę chyba jeszcze tak bezkarnie nie dominowały. Teraz to wręcz zasada w marketingu politycznym. Mnóstwo kłamstwa całą dobę. Tak, by nie można powiedzieć, co jest prawdą, a co fałszem

Kłamstwa, czyli jak mówi prezydent Donald Trump, fake news, zmyślone, fałszywe informacje są obecne w domenie mediów społecznościowych od dawna. Wpuszczane świadomie do obiegu miały, według części ekspertów, wywrzeć wpływ na wynik wyborczy w USA. Były też po polsku. Rozsiewane pseudoinformacje w stylu babcia Donalda Trumpa chciała, by wnuczek wspierał Polskę, były obecne i w polskim internecie w czasie trwania kampanii prezydenckiej. Łowiono w ten sposób głosy Polonii. Nikt nie zweryfikował tego „faktu” w kampanii, nikt sobie nie zawraca nim głowy dziś, ot, teraz to już wrzutka bez znaczenia.

Zawodowi oszuści
Coraz więcej użytkowników portali społecznościowych zdaje sobie sprawę z istnienia takich wymyślonych informacji – potrafi się przed nimi bronić. Gorzej jednak, gdy fake news wprowadzane są do tradycyjnych mediów, uważanych za poważne. Wykorzystuje się je z premedytacją na tej samej zasadzie – po to, by wywołać szum informacyjny, wzbudzić emocje społeczne, zrelatywizować obraz rzeczywistości. Mają jednak większą siłę rażenia. Gdy w tej grze biorą bowiem udział dziennikarze, fake news robią zawrotną karierę. Choć chyba dokładnie odwrotnie, ale długofalowo dzieje się z samymi dziennikarzami. Nie jest wykluczone, że jesteśmy po raz pierwszy w punkcie, który zdecyduje, czy dziennikarstwo w ogóle będzie jeszcze istnieć.
Gdy Paweł Szefernaker opuścił studio radia Zet podczas programu, w którego trakcie nie był dopuszczany do głosu, a prowadzący redaktorzy współgrali z linią propagandowego kłamstwa części polityków, nie odezwał się chyba żaden głos „liberalnego” dziennikarza ani polityka...
[pozostało do przeczytania 63% tekstu]
Dostęp do artykułów: