Tragikomik

Jego żywot artystyczny rozegrał się w trzech diametralnie różnych epokach. A właściwie można mówić o trzech różnych biografiach.

Urodzony w roku 1900 jako Adolf Bagiński, był Dodek człowiekiem, który wszystko zawdzięczał sobie. Pochodził z nizin społecznych, nie ukończył żadnych szkół artystycznych, ale posiadał iskrę bożą, dar talentu, nieśmiertelną vis comica, którą wpierw bawił znajomych, potem bywalców kabaretu, wreszcie za pośrednictwem filmu stał się supergwiazdą.

Okres początków kariery Dodka i jej rozkwit przypada na międzywojnie. Szedł od sukcesu do sukcesu. Któregokolwiek z estradowych gatunków tknął: śpiewu, tańca, skeczu, był znakomity. Będąc prosty, nie stał się prostacki. Dziewoński przytacza fragment jednej z ówczesnych recenzji: „Dymsza jest nie tylko wielkim artystą. Dymsza, wieczny sceptyk jest symbolem. Drzemie w każdym z nas.(...) widzimy w nim siebie samych”. Przypomina to w jakimś stopniu sekret Chaplina – tyle że Charliemu przyszło działać w większym i szczęśliwszym kraju.

Wojna stanowi katastrofę. Dla Dymszy też. Choć pozornie spada na cztery łapy.

Nie zmienił zawodu, nie emigrował i nie zginął jak dorównujący mu popularnością amant Eugeniusz Bodo, gdzieś na wschodzie. Grał nadal, wbrew zasadom, w „teatrzykach dla Polaków” i poza systematycznymi naganami nie spotkało go nic nieprzyjemnego ani ze strony społeczeństwa, ani Podziemia. Był nadal kochany. Nawet przez esesmanów ze Ślaska wychowanych na jego filmach, którzy obściskiwali go na ulicy. Co więcej – łamiąc bojkot, nie widział w tym nic złego – miał przecież na utrzymaniu żonę i dzieci. To prawda, odrzucił propozycję zagrania w nazistowskim filmie, a kontakty z gestapo wykorzystywał do ratowania ludzi, jak wtedy, gdy całą noc pił i wygłupiał się przed oprawcami na Szucha, ale ocalił dzięki temu życie przyjaciela.

Po wojnie też miał sporo szczęścia. Początkowo znajdował się na listach aktorów kolaborantów, nie mógł grać w...
[pozostało do przeczytania 31% tekstu]
Dostęp do artykułów: