Orban solą w oku eurolewicy

Orban jak Kaczyński

Obserwując ataki na Orbana, trudno nie dostrzec analogii z sytuacją sprzed kilku lat. Wówczas rolę „chłopca do bicia” pełniła Polska, rządzona przez braci Kaczyńskich. Scenariusz jest niemal identyczny, tyle że zamiast PiS mamy Fidesz. Tak samo nie podoba się dążenie do sanacji państwa, tak samo alarmuje się o „pełzającym faszystowskim zamachu stanu”. Widać tę samą pogardę dla woli wyborców i prawa obowiązującego w danym kraju.

Różnica jest taka, że Orban i Fidesz mają nieporównywalnie silniejszą pozycję w kraju niż swojego czasu Kaczyńscy i PiS. Nie tylko dlatego, że węgierska prawica zdobyła w parlamencie większość konstytucyjną i ma swojego prezydenta, ale wciąż umacnia przewagę nad lewicą i populistami, mimo trudnych reform i histerycznej nagonki z zewnątrz.

Styczniowy sondaż Ipsos daje Fideszowi wśród zamierzających głosować aż 65 proc. poparcia (w grudniu było 62). Socjalistom spadło ono z 21 do 17 proc., a nacjonalistyczny Jobbik utrzymuje 11 proc. Nic dziwnego, że Orban twardo ripostuje w Brukseli i Strasburgu, i nie przejmuje się krytyką prasy, w której porównuje się go do Putina i Łukaszenki.

Potwierdza się, że „nowi” członkowie UE z Europy Środkowej i Wschodniej traktowani są jak państwa drugiej kategorii. Węgry to trzecie państwo wśród nowych członków Unii, obejmujące przewodnictwo w Radzie UE. Przypomina się od razu prezydencja Czech (pierwsze półrocze 2009 r.) krytykowana przez kraje Europy Zachodniej, które uwierał eurosceptycyzm prezydenta Václava Klausa.

Paryż i Berlin, a w niektórych kwestiach także Londyn, z góry (!) zapowiedziały torpedowanie inicjatyw węgierskich, np. w obszarze polityki energetycznej czy rozszerzenia strefy Schengen na Bułgarię i Rumunię.

Mitologia medialna

Po katastroficznych rządach lewicy przed Orbanem stoi masa trudnych wyzwań. Konieczne będą bolesne reformy, które odczują także zwykli...
[pozostało do przeczytania 64% tekstu]
Dostęp do artykułów: