On pokazał, że trzeba być razem z narodem

To bohater, który nie doczekał zwycięstwa, ale on nam to zwycięstwo przyniósł, bo na jego przykładzie wielu chce się dzisiaj wzorować.

Kiedy poznał Pan majora „Łupaszkę”?
To było w pierwszych dniach czerwca 1945 roku na Podlasiu, gdy dołączyłem na koncentrację do szwadronu „Burego”. Rozstałem się z nim w sierpniu 1946 roku.

Jakie major zrobił na Panu wrażenie?
Był dobrym wojskowym, kawalerzystą, dobrej postury. Bliżej go jednak nie znałem. Nie wdawał się w żadne rozmowy ze mną.

Jak traktował żołnierzy?
On się po prostu nie wtrącał. Miał swoje szwadrony, ich dowódców, jak „Wiktora”, „Mścisława” czy „Zygmunta”, i wydawał im polecenia, w nasze żołnierskie życie bezpośrednio się nie mieszał. On rozmawiał z dowódcami i im zwracał uwagę, jeśli coś mu się nie podobało.

Jako dowódca budził respekt?
Bezwzględnie. To był niekwestionowany autorytet jeszcze z Wileńszczyzny. Walczył z Sowietami, powstrzymywał ich na ścianie północno-wschodniej, choć Stalin chciał likwidacji polskiej partyzantki. Musieliśmy się bronić. Różnica polegała na tym, że on atakował, a my musieliśmy się bronić.

Zapamiętał Pan coś szczególnego w jego zachowaniu?
Pamiętam, że gdy był wzruszony i chciał coś powiedzieć, to płakał, nie mógł mówić. Był wrażliwy. Ale nie tylko on, bo Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt” podobnie, on w czasie rozmowy też płakał. To był dobry mówca, ale też łzy wytarł i dalej do nas mówił.

Jako żołnierze dużo śpiewaliście...
Tak, to prawda, dużo śpiewaliśmy. Często z ludnością cywilną przy ognisku, w kościele czy na wieczorkach, festynach. To było szczególnie na Białostocczyźnie. „Łupaszka” raczej z nami nie śpiewał. Myślę, że miał przekonanie, że to wszystko nie idzie tak, jak myśleliśmy, on jednak był twardy, miał przekonanie i przy swoim trwał. Może myślał, że...
[pozostało do przeczytania 41% tekstu]
Dostęp do artykułów: