Polowanie na kibola

Powyższy brytyjski dowcip oddaje klimat tradycyjnego, fanatycznego środowiska kibicowskiego. Ale pokazuje coś jeszcze: typ kibolskiego poczucia humoru, kpiącego z komercyjnego syfu dookoła, ale też mocno autoironicznego. Piszę „kibolskiego”, bo w środowisku kibiców słowo to nie ma negatywnych konotacji.

Czym kibolstwo różni się od Małyszomanii?

Dlaczego w nowym wspaniałym świecie nie ma być miejsca dla kiboli? Odpowiedź wymaga opisania kilku spraw dla ludzi ze środowiska oczywistych, ale szerszemu odbiorcy papki medialnej kompletnie nieznanych.

Kim jest tradycyjny kibol? To ktoś, kto chodzi na mecze niezależnie od tego, czy jego drużyna gra dobrze, czy beznadziejnie. Przeważnie zaczął na nie chodzić mając lat kilkanaście, więc jeśli nie jest już nastolatkiem, parę razy przeżył już wzloty i upadki swego klubu. Przeważnie tych drugich było więcej.

Kibol cieszy się, jeśli w jego drużynie grają dobrzy piłkarze, ale nie oni są dla niego najważniejsi. Najistotniejsza jest wspólnota, rodzina kibicowska, która powstała wokół klubu. Jego tradycja i ludzie, których zna się od kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu lat.

Piłkarze też mogą być ważni, ale tylko niektórzy. Ci, którzy wykazali się czymś szczególnym. Niekoniecznie błyskotliwym sukcesem sportowym. Pokazali charakter, waleczność, przywiązanie do klubu, nie uderzyła im do głowy kasa.

Typ uczuć związanych z kibicowaniem swojemu klubowi nie ma wiele wspólnego z emocjami, jakie udzielają się ogółowi w związku z sukcesami Justyny Kowalczyk, Adama Małysza czy siatkarzy. Przejściowe mody kibola niewiele obchodzą. Owszem, cieszy się, że Polak wygrał, ale o wiele ważniejszy jest dla niego los jego drużyny, nawet jeśli zajmuje akurat przedostatnie miejsce w drugiej lidze.

Tradycja to dla kibola jedno z pojęć kluczowych. Składają się na nią nie tylko sukcesy sportowe, ale także kibicowskie legendy, opowieści, wspomnienia czasów...
[pozostało do przeczytania 75% tekstu]
Dostęp do artykułów: