Dziewczynko, przecież nikt ci tego nie puści!

„Dziewczynko, przecież nikt ci tego nie puści!” – te słowa reżyser Magdalena Piejko słyszała od swoich rozmówców nieraz. Potem nawet współpracownicy pytali ją o niektóre sceny: „Naprawdę dajemy to do filmu?”. Tak powstał pierwszy prawdziwy film o trzech milionach młodych Polaków, którzy wyemigrowali w ostatnich latach z ojczyzny, zatytułowany „Tam, gdzie da się żyć”

Jego premiera odbędzie się we wtorek 9 grudnia o godz. 19 w warszawskim kinie „Wisła” przy pl. Wilsona. Przyjdźmy tłumnie – wstęp wolny!
To film, który zaczyna się jako spokojna opowieść o zwykłych ludziach, a kończy jako wyciskacz łez i… wezwanie do czynu. 
Bo mało jest takich, którym łza nie zakręci się w oku, gdy widzą, jak dorosły mężczyzna nieudolnie próbuje panować nad sobą, kiedy mówi: „Moje dzieci nie miały Wigilii nigdy. My mamy stół wigilijny. Jest moja żona. Jestem ja. Jest moich troje dzieci. Ale nigdy przy tym stole nie było dziadka i babci”.
Albo gdy raper Gura, który na wygnaniu pokochał historię swojego kraju, wybucha nagle, mówiąc o tych, którzy rządzą w Polsce: „Jak im nie wstyd?! Ja nie wiem. Czy oni k... nie mieli pradziadów?! Nie wiedzą, skąd są, nie wiedzą, jaka krew w nich płynie?!”. 
Magdalena Piejko dotarła do miejsc, gdzie wielu dziennikarze bałoby się iść. Inni może by poszli, ale nie umieliby z ludźmi gadać. Piejko, córka działacza pierwszej Solidarności, nie miała takich oporów.
Tu nie odetną mi prądu
Film nie zaczyna się z wysokiego „C”. Odwrotnie. Na początku są opowieści najprostsze. Jeden z emigrantów zarabiał w Polsce 1500 zł i nie miał szans na założenie rodziny. Inny chciał mieć taki „luksus” jak pewność, że jutro nie odetną mu prądu. Kolejna bohaterka filmu jadła w Polsce tylko zupki chińskie, nie stać jej było na nic innego, bo musiała spłacać kredyt.
Jest też prawnik, który nie miał właściwych koligacji rodzinnych, więc nie dostał się na aplikację. Są także w filmie ludzie żyjący w Polsce na...
[pozostało do przeczytania 60% tekstu]
Dostęp do artykułów: