Ameryka

Przygoda z Ameryką to jedna z moich największych przygód. Z Ameryką, nie w Ameryce, bo jeszcze parę tygodni temu mógłbym powiedzieć, że nigdy tam nie byłem. Zaczęła się z początkiem wojny. Byłem przerażony spadającymi z nieba bombami, wyciem niemieckich stuckasów, klęską wrześniową, bezustannymi sukcesami hitlerowskiej armii, wieściami o torturach w gestapo, ulicznymi egzekucjami w Warszawie

Czekałem, jak cała ówczesna Europa, na przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny. Miałem wtedy lat dwanaście, ale podobnie jak Churchill, może nie tyle wiedziałem, co czułem, że bez Stanów Zjednoczonych nie uda się pokonać Hitlera. Po upadku Paryża wiadomość o przystąpieniu ich do wojny była dla mnie pierwszą radosną wiadomością.
Malowane samoloty
Chyba wtedy właśnie zacząłem bawić się modelarstwem. Strugałem scyzorykiem modele samolotów. Już nie pamiętam, skąd miałem niemiecką książkę „Handbuch der Luftfahrt”. Były tam krótkie opisy oraz rysunki samolotów całego świata. Oczywiście zacząłem strugać polskie łosie, karasie, po czym angielskie halifaxy, spitfiry i amerykańskie liberatory, tomahawki. Malowałem je, a na skrzydła naklejałem anglikom biało-czerwono-niebieskie kółka, a amerykanom pięcioramienne gwiazdy. Byłem w konspiracji, w Szarych Szeregach, ale moje samolociki dawały mi złudzenie zbrojnego uczestnictwa w walce z hitlerowcami.
Na krótko przed Powstaniem przeżyłem jeszcze jeden niezwykle podniecający moment. Hitlerowskie uliczne szczekaczki podały wiadomość o lądowaniu zachodnich aliantów w Normandii. Co za radość! Anglicy i Amerykanie sforsowali Wał Atlantycki i są w Europie!
Wkrótce jednak przyszło Powstanie i znalazłem się w Oświęcimiu, a potem w Hersbruck, w koncentracyjnym obozie położonym blisko Norymbergii. Pracowałem w kamieniołomach. Dostarczały one surowiec do budowy podziemnych korytarzy fabryki mającej wytwarzać lotnicze silniki. Hitlerowcy zamierzali tam odtworzyć prawie nieistniejącą już Luftwaffe....
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: