Pilarz Tuska. Na Campusie Przyszłości usłyszeliśmy, jak wyglądałaby Polska pod rządami opozycji

FOT. ANDRZEJ HULIMKA / FORUM
FOT. ANDRZEJ HULIMKA / FORUM

KRAJ [Campus, Platforma, talibowie]

Platforma ujawniła wreszcie swój program. Są w nim: likwidacja szpitali, piłowanie katolików oraz pręgierz dla wrogów. Jakkolwiek by się ktoś oburzał na takie porównanie, bezspornie wszystkie te trzy punkty wcielają w życie talibowie w Afganistanie. Campus Polska Przyszłości dowiódł, że opozycja tylko gdy milczy, może zachowywać swój stan posiadania. Gdy jej liderzy zaczynają szczerze mówić, co myślą, okazują się odstręczający nawet dla części własnych zwolenników. Najważniejszy sygnał otrzymali głosujący na PO katolicy: nie życzymy sobie waszego poparcia.

„O ja p…lę!” – ten zduszony głos usłyszeli widzowie transmisji, gdy Leszek Balcerowicz zachęcał młodzież do stworzenia internetowego pręgierza z nazwiskami nieprzychylnych opozycji dziennikarzy. Nie wiemy, kto znalazł się przypadkiem za blisko mikrofonu i czy była to osoba odpowiedzialna za PR-owy przekaz imprezy. Jeśli tak, to należy jej wybaczyć ten wulgaryzm, bo za sprawą kolejnych wystąpień najbardziej znanych prelegentów Campus okazał się marketingową tragedią. Nie tylko nazwany przez młodzieżówkę Nowoczesnej „Bogiem” Balcerowicz, ale i inni znani mówcy ze starszego pokolenia postawili na epatowanie własnym ego, nie pomijając w wystąpieniach najbardziej niepopularnych pomysłów PO i nie przejmując się grą zespołową.

Ci sami od 30 lat

Głównym celem Campusu Polska Przyszłości miało być uruchomienie nowej jakości i energii w opozycji. „To przestrzeń dialogu i spotkań stworzona dla aktywnych, młodych ludzi chcących mieć wpływ na przyszłość swojego kraju” – zapowiadali organizatorzy. „Campus Polska Przyszłości to próbka nowej polskiej elity” – mówił w „Newsweeku” Leszek Jażdżewski, redaktor pisma „Liberte!”.

Tymczasem ani jedna wypowiedź młodego człowieka, przynajmniej wraz z jego nazwiskiem, nie przebiła się do mediów. Brylowali za to ci sami, którzy byli przez całą III RP, od Okrągłego Stołu począwszy. Najgłośniejszy był 74-letni Leszek Balcerowicz, czołówkę pod tym względem stanowili 75-letni Adam Michnik, 64-letni Donald Tusk i 63-letni Tomasz Grodzki. W roli młodzieżowego, nieobliczalnego radykała obsadzony został 48-letni Sławomir Nitras, działający w polityce od roku… 1991. Trawestując tytuł starej piosenki Dezertera, do głosu doszła już nie „Czterdziestoletnia młodzież”, lecz ta bliższa pięćdziesiątki.

Katastrofa wizerunkowa polegała na tym, że z mieszanki wynurzeń liderów wyłoniła się Polska niemal opanowana przez talibów, napadających – przypomnijmy – na szpitale, nie przejmując się losem ich pacjentów. W wydaniu Grodzkiego ponad 80 proc. szpitali miałoby zostać zlikwidowanych. Publiczne pręgierze w internecie dla wrogów też stały się w ostatnich dniach specjalnością talibów. Natomiast newsy o „opiłowaniu” katolików w Polsce pojawiały się choćby w KAI i innych wysokonakładowych mediach katolickich w Polsce – zapewne słabo znanych politykom PO – na przemian z relacjami o przerażających prześladowaniach grożących chrześcijanom w Afganistanie. Tej ostatniej sprawie warto poświęcić więcej miejsca, bo akurat ona nie była niekontrolowanym wybrykiem, lecz częścią planu PO.

Jak zatrzymać exodus młodzieży z PO do Lewicy?

Młodzież, gdy już przebiła się do głosu na Campusie, ograniczyła się głównie do roli kontestujących owe najbardziej znane nazwiska z pozycji „tak jak Michnik i Tusk, tylko jeszcze bardziej”. Zasadniczo buntowała się zgodnie z wytycznymi „Gazety Wyborczej”: chcemy małżeństw homoseksualnych oraz większego przejmowania się ociepleniem klimatu. Wyjątek był w zasadzie jeden, czyli głosy młodych ludzi z pozycji lewicowych, bliskich zapewne partii Razem, atakujących Leszka Balcerowicza.

Tymi ostatnimi nikt z decydentów się nie przejął, natomiast liderzy PO uznali, że muszą zareagować na zagrożenie ze strony Lewicy, która zaczęła jej kosztem zyskiwać na energii uruchomionej przy okazji Strajku Kobiet. To skądinąd paradoks, bo Marta Lempart powiązana jest z PO, a Lewicę w czasie protestów nawet obrażała. Jednak radykalnie antyklerykalny przekaz sprzyjał bardziej ugrupowaniom na lewo od głównej partii opozycyjnej.

Do roli tego, który odciągnie młodzież od Lewicy, wyznaczony został Sławomir Nitras, niegdyś polityk konserwatywnego skrzydła Platformy, wraz Januszem Kowalskim, obecnie „jastrzębiem” Solidarnej Polski, należący do najbliższych współpracowników Jana Marii Rokity.

Piła Nitrasa – plan, a nie wybryk

W przeciwieństwie do ekscentrycznych słów Balcerowicza czy Grodzkiego, wypowiedź Nitrasa była w moim przekonaniu częścią planu. Przypomnijmy, iż Nitras powiedział: „Uważam, że dojdzie za naszego życia, może nawet w tym pokoleniu, do tego, kiedy katolicy w Polsce staną się mniejszością. Staną się realną mniejszością, nie mniejszością, że będzie kogoś innego więcej, ale nie będą większością. I muszą się z tym nauczyć żyć. I wtedy chyba to będzie w jakiejś realnej takiej społecznej proporcji. Ale dobrze, żeby stało się to, mówiąc uczciwie, w sposób niegwałtowny. Żeby to się stało w sposób racjonalny, a nie na zasadzie pewnej zemsty, ale na zasadzie: to jest uczciwa kara za to, co się stało, musimy was opiłować z pewnych przywilejów, dlatego, że jeżeli nie, to znowu podniesiecie głowę, jeżeli się cokolwiek zmieni”.

Rzecz jasna słowo „opiłować” przebiło się w mediach najbardziej, jednak to inne słowa Nitrasa niosły ze sobą najbardziej ostry przekaz, wykraczający poza to, co PO dotąd deklarowała. Nitras stwierdził – to jasno wynika z jego wypowiedzi – że to dobrze, iż katolicy staną się, jak twierdził, w Polsce mniejszością. Gdyż to „uczciwa kara”. A „opiłowanie z przywilejów” ma służyć temu, by owi katolicy znowu nie podnieśli głowy. Nitras poszedł więc dalej, niż niedawno Tusk – nie zaatakował nie tylko polityczną rolę Kościoła, lecz także ogłosił, że zasłużoną karą za nią ma być ni mniej, ni więcej, tylko postępująca dechrystianizacja Polski.

Trzaskowski o Nitrasie: pomysłodawca i główny organizator Campusu

Nitras mówił więc świadomie językiem Strajku Kobiet, starając się trafić nim do młodych uczestników Campusu, tak by zatrzymać ich exodus na lewo. PO wystawiła go do tej roli nie przypadkiem, uznając, że z racji swojego wizerunku nadaje się do niej najlepiej. Dlaczego?

Z jednej strony na potrzeby owej młodzieży Rafał Trzaskowski dowartościowywał Nitrasa mówiąc w czasie Campusu: „Gdyby nie Sławek i jego nieprawdopodobna energia, to nie byłoby Campusu. Bo Sławek jest tą osobą, która nie dość, że była pomysłodawcą, to jeszcze jest głównym organizatorem”. Z drugiej strony PO postanowiła wykorzystać wizerunek Nitrasa jako osoby nie do końca zrównoważonej, będącej obiektem docinków narkotykowych, do tego, by inni, starsi politycy PO mogli mrugać do reszty jej elektoratu, że to tylko nasz nie do końca poważny zagończyk.

Jednak skutki tego, że PO skręciła tak radykalnie na lewo, mogą być w długiej perspektywie nieobliczalne i bardzo daleko idące. Po Campusie partia ta będzie musiała liczyć się z tym, że każde odstępstwo od linii Nitrasa będzie wiązać się z gwizdami i protestami zwolenników Strajku Kobiet. Wystąpienie Nitrasa dało im prawo do egzaminowania PO przy wszystkich kolejnych działaniach i wypowiedziach, czy na pewno jego występ na Campusie nie był tylko fundowaną młodzieży ściemą. Kolejną, bo zaraz młodzież owa wypominać może PO, że rządząc przez osiem lat, nie wprowadziła w życie najbardziej radykalnych antyklerykalnych postulatów. Nie zalegalizowała związków partnerskich, nie wprowadziła świeckiego państwa, nie wyprowadziła religii ze szkół itp. Po Campusie to Tusk będzie musiał się bez przerwy i bez końca uwiarygadniać i bić w piersi, by nie tracić lewicowego elektoratu. To może być równią pochyłą. Co politycznie będzie z korzyścią dla PiS i zapewne także PSL. Bo ten „umiarkowany” elektorat zacznie szukać innych politycznych ofert, albo w ogóle nie pójdzie na wybory.

Czy Palikot i „wyp… ć” to na pewno dobry pomysł na wygrywanie wyborów?

Skutki mogą być jednak dużo poważniejsze od kalkulacji partyjnych. Radykalnie antyklerykalna młodzież może po prostu uzyskać efekt odwrotny do zamierzonego. Kościół postrzega jako chłopca do bicia, któremu można nabluzgać w czasie głośnej manifestacji. Ewentualnie przez pryzmat głośnych wypowiedzi znanych i kontestowanych przez siebie hierarchów.

Nie zdając sobie sprawy, że manifestacja, którą ona przeżywa jako ważny dla siebie bunt, to dla większości Polaków incydent, a codzienność to działalność ponad 10 tys. parafii, mających mniejszy lub większy wpływ na 32 miliony ochrzczonych.

Rozumieli to nawet komuniści, unikając otwartej wojny z polskim Kościołem. Przekonanie, że Kościół już za chwilę padnie pod naporem nowoczesności i nigdy się nie podniesie, głosili z największym przekonaniem ZMP-owcy z czasów stalinowskich. I nic nie zostało z ich entuzjazmu. Antyklerykalny bunt z pierwszej połowy lat 90. przegrał z pielgrzymkami Jana Pawła II z lat 1997 i 1999 oraz młodzieżową kontestacją wobec rządów SLD. Antyklerykał Janusz Palikot pojawił się na scenie politycznej i zamiast dokonać na niej rewolucji zniknął, przyćmiony przez młodzieżową modę na patriotyzm.

PO przesuwając się programowo ku dawnemu Palikotowi i wrzaskom „wyp… ć” wybiera bardzo ryzykowną drogę. Wielce prawdopodobne, że pilarz Nitras opiłuje ją koniec końców z własnego elektoratu.

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze