Trump na wojnie z systemem. Walka o drugą kadencję

FOT. CHRIS KLEPONIS/POOL/PAP
FOT. CHRIS KLEPONIS/POOL/PAP
Powiedzieć, że Donald Trump ma pod górkę w walce o udowodnienie, że to on wygrał wybory 3 listopada, to nic nie powiedzieć. Media ogłosiły prezydentem-elektem Joego Bidena i są gotowe walczyć z każdym, kto wobec ich werdyktu ma jakiekolwiek wątpliwości.
 
Jeśli już przed wyborami wizja tego, jak w oczach danego obywatela wygląda Ameryka, zależała od jego źródeł informacji, to sytuacja powyborcza tylko pogłębiła ten stan rzeczy. W jednej wizji – mediów mainstreamowych – mamy prezydenta elekta, który bez problemu wygrał w pełni uczciwe wybory, a jedynym problemem jest ustępujący prezydent i jego zwolennicy, którzy nie chcą uznać porażki, zagrażając tym samym demokracji, rozumowi i wszystkiemu, co jest przyzwoite na świecie. Druga wizja – wybijająca się czasem w mediach sprzyjających Trumpowi i wśród jego zwolenników – składa się z ciągów liczb, które mają świadczyć o „wielkim wyborczym przekręcie”. W Pensylwanii system informatyczny naliczył 220 tys. głosów oddanych na Trumpa Bidenowi, w Michigan tysiące głosów oddanych na Bidena liczono po kilka razy, w Nevadzie głosowały tysiące ludzi, którzy już dawno nie żyją, itd. Obie wizje nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. By być prezydentem-elektem, jak sama nazwa wskazuje, Joe Biden musi zostać wybrany przez Kolegium Elektorów. Aby odwrócić wynik wyborów, Donald Trump będzie musiał udowodnić fałszerstwo przed sądem, a nie przekonać do niego swoich zwolenników na Twitterze.
 
Komu ufać?
Jeśli za kilka lat jakiś badacz będzie starał się odnaleźć przyczyny wielkiego kryzysu zaufania do podstawowych instytucji demokratycznych, z którym aktualnie boryka się Ameryka, to nie będzie mógł pominąć roli, jaką w tym kryzysie odegrały mainstreamowe media. Oglądając na przykład CNN, nie można było wyjść z podziwu dla poziomu schizofrenicznych sprzeczności zawartych w przekazie tej stacji. Z jednej strony wiadomość o tym, że według mediów wygrał Joe Biden, dziennikarz Don Lemon i komentator Van Jones przyjęli zanosząc się płaczem. Ten pierwszy stwierdził nawet, że „nie dba o to, czy ktoś zarzuci mu stronniczość”. Drugi, bohatersko przezwyciężając atak hiperwentylacji, powiedział, że zwycięstwo Joego Bidena pokazuje, iż „bycie dobrym człowiekiem ma znaczenie”. Z drugiej strony stacja i jej dziennikarze zupełnie poważnie utrzymują, że ich relacje są bezstronne, obie strony politycznego sporu mogą liczyć na równe traktowanie i nie ma większego afrontu niż zarzucić im, że jest inaczej.
„Wszystko jest w porządku. Nie ma najmniejszych dowodów na fałszerstwa i nieprawidłowości wyborcze” – ta mantra, powtarzana do znudzenia we wszystkich mainstreamowych mediach, była gotowa na długo przed wyborami, a po nocy z 3 na 4 listopada tylko nabrała mocy. „New York Times” na pierwszej stronie triumfalnie ogłosił: „Nie było fałszerstw”. Tę jednoznaczną deklarację oparto na rozmowach z osobami odpowiedzialnymi za organizację wyborów w poszczególnych stanach. Oczywiście nikomu nie przyszło do głowy, aby zapytać, czy osoby odpowiadające za to, by fałszerstw nie było i wszystko przebiegało bez zarzutu, powinny być sędziami we własnej sprawie. Ale taką właśnie strategię przyjęły media. Zamiast uznać, że wyjaśnienie wszystkich wątpliwości i nieprawidłowości będzie służyło odzyskaniu przez Amerykanów zaufania do procesu wyborczego, media zdecydowały się otoczyć wybory niemal policyjnym kordonem i wystawić wielki znak „Nie ma na co patrzeć”.
Nie ma też najmniejszych wątpliwości co do tego, że giganci z Doliny Krzemowej postawili na Bidena. Twitter i Facebook jeszcze przed wyborami powstrzymały rozpowszechnianie na ich platformach artykułu „The New York Post” o ciemnych interesach rodziny Bidenów na Ukrainie i w Chinach. Teraz Twitter do każdego tweeta, który wskazuje na nieprawidłowości wyborcze, dodaje ostrzeżenie: „To twierdzenie na temat wyborów może być kwestionowane”. Co ciekawe, po kliknięciu na link z ostrzeżeniem zostajemy przekierowani do tego samego tekstu, który był tam miesiące przed wyborami, a teraz został kosmetycznie zaktualizowany. Tekst zapewnia nas, że „jak donoszą AP i Reuters,głosowanie korespondencyjne jest bezpieczne”, a „przypadki fałszerstw są niezwykle rzadkie”. Platforma nie wykonała więc nawet wysiłku, by jej linki z ostrzeżeniami odwoływały się do konkretnych śledztw falsyfikujących poszczególne twierdzenia dotyczące fałszerstw, a takich tekstów nie brakuje.
 
Szanse Trumpa
Fakt istnienia tego zwartego, medialnego kordonu jest też problemem dla ekipy Donalda Trumpa. Zdecydowana większość dobrze opłacanych dziennikarzy śledczych, którzy są w stanie porządnie wgryźć się w temat, pracuje dla mediów niesprzyjających jednoznacznie Trumpowi. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że gdyby fałszerstw i nieprawidłowości szukano z takim samym zapałem jak dowodów na tzw. rosyjską ingerencję w 2016 roku, to nie ma wątpliwości, że już dziś by je odnaleziono. Sytuacja jest jednak inna, a to z kolei powoduje, że sam Trump, jego rodzina, a nawet zespół jego prawników co chwilę zaliczają wpadki i potknięcia, podając informacje nie do końca sprawdzone lub wprost fałszywe.
Z wielu buńczucznych deklaracji, ogłaszanych na konferencjach prasowych, prawnicy Trumpa wycofują się potem rakiem w sądach. W Pensylwanii, gdzie sztab Trumpa utrzymywał, że nie dopuszczono obserwatorów z jego ramienia do miejsc, gdzie liczono głosy, prawnik reprezentujący prezydenta przyciskany przez sędziego w końcu przyznał, że w pomieszczeniu znajdowała się „niezerowa liczba” takich obserwatorów. W Nevadzie prawnicy Trumpa twierdzili, że w wyborach zagłosowało 3000 osób, które nie mieszkają już na terenie stanu. Gdy okazało się, że kilkaset nazwisk znajdujących się na liście to wojskowi odbywający służbę za granicą, którzy mają pełne prawo do głosowania w Nevadzie, nie zdecydowano się na umieszczenie tej sprawy w którymkolwiek z pozwów. Inny zarzut, dotyczący zmarłych osób oddających głosy w Nevadzie, spotkał podobny los: prawnicy Trumpa mówili o nim na konferencji, ale w pozwie go nie zawarli.
To wszystko nie oznacza oczywiście, że twarde dowody na wyborcze manipulacje i nieprawidłowości nie istnieją, a to, kto będzie następnym prezydentem USA, jest już rozstrzygnięte. Trump może z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że Sąd Najwyższy USA wyda korzystną dla niego decyzję w sprawie tzw. opóźnionych kart w Pensylwanii (chodzi o głosy korespondencyjne, które dotarły do komisji wyborczych po zamknięciu lokali 3 listopada). Według szacunków, tych głosów jest około 10 tysięcy. Nawet zakładając, że wszystkie były oddane na Bidena i wszystkie zostały policzone (co do tego nikt nie ma pewności), to i tak to niewystarczająca liczba, by dać Trumpowi zwycięstwo w stanie. Wątpliwości prawnych jest jednak więcej. Sąd Wspólnoty Pensylwanii wydał korzystny dla Trumpa wyrok unieważniający decyzję Sekretarz Stanu Katy Bookcvar, która przedłużyła termin weryfikacji tożsamości przez wyborców o trzy dni. Ten wyrok może zostać jeszcze zmieniony przez Sąd Najwyższy Pensylwanii, poza tym dotyczy stosunkowo niewielkiej liczby głosów, ale stwarza istotny precedens. Sąd określił bowiem jasno, że Bookcvar, jako przedstawicielka władzy wykonawczej, przekroczyła swoje uprawnienia, zmieniając prawo wyborcze, co jest wyłączną kompetencją stanowej legislatywy. Ekipa Trumpa może mieć nadzieję, że daje to szansę na otwarcie nowego frontu walki, w którym spór nie dotyczyłby już udowadniania fałszerstw i nieprawidłowości, ale opierałby się na argumencie prawnym, zgodnie z którym wybory były organizowane z przekroczeniem uprawnień przez osoby za to odpowiedzialne.
Jednak nawet w najbardziej optymistycznym wariancie, na przykład w sytuacji, w której wniosek prawników Trumpa o unieważnienie 700 tys. głosów w Pittsburghu i Filadelfii obroni się w sądzie, na drodze do drugiej kadencji pozostają istotne przeszkody. Mówiąc w skrócie: Trump musi dostarczyć dowodów: tyle, ile potrzebuje, tam, gdzie ich potrzebuje, a w dodatku w krótkim czasie, który mu na to pozostał. Nawet przeciągnięcie na swoją stronę Pensylwanii będzie oznaczało, że aktualny prezydent potrzebuje jeszcze co najmniej dwóch stanów, by osiągnąć przewagę w głosach elektorskich. Potrzebowałby więc na przykład wygrać ponowne liczenie głosów w Georgii i szukać odwrócenia wyniku w Arizonie, Nevadzie lub Wisconsin. W skutecznym wygraniu tych wszystkich bitew ograniczeniem jest nie tylko liczba dowodów, które trzeba zgromadzić, ale także czas. Certyfikacja, czyli oficjalne zatwierdzenie wyników przez władze stanowe, to już kwestia dni. W Georgii ma odbyć się 20 listopada, w Pensylwanii i Michigan 23, a w Arizonie 30. Można zakładać oczywiście, że te terminy mogą zostać przesunięte, ale wówczas i tak ograniczeniem nie do ruszenia pozostają dwie daty: 14 grudnia i 20 stycznia, czyli odpowiednio: głosowanie w Kolegium Elektorskim i ceremonia inauguracji nowego prezydenta.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.gazetapolska.pl

W tym numerze