Co z tą Rosją?

Sytuacja jest jasna. Rosja nie odrobiła żadnej z wielkich lekcji, które stały się udziałem wielkich państw Zachodu. Dodajmy, w większości wypadków odrobiły je z naddatkiem. Lekcja niemiecka to zdecydowane potępienie hitleryzmu i odcięcie się od jego tradycji w każdym punkcie. To pozwoliło RFN stać się normalnym, rozwiniętym krajem. 

Lekcja angielska i francuska polegała na dobrowolnym wyrzeczeniu się swoich zamorskich terytoriów, łącznie z krytycznym (moim zdaniem nawet zbyt krytycznym) odniesieniem się do „brzemienia białego człowieka”, co wiązało się z odrzuceniem praktycznie całego kolonialnego dorobku. Wreszcie lekcja amerykańska – polegała na przewartościowaniu „mitu amerykańskiego”, akcja afirmatywna wobec mniejszości uznanych za pokrzywdzone – multikulturalizm i wieloreligijność. Nawet jeśli uznamy, że na Zachodzie elity poszły zbyt daleko w samokrytyce i ekspiacji, to przynajmniej pozwolono, aby społeczeństwa mogły popatrzeć na własną przeszłość wieloaspektowo i dokonać rachunku sumienia. Nic takiego nie zdarzyło się w Rosji – paradoksalnie w stosunku do ZSRS nastąpił swoisty regres. Imperium carów, widziane wcześniej jako więzienie narodów, dziś idealizowane jest jako kolebka rosyjskiego ducha, jej misji dziejowej. Duma narodowa nie wynika ze szczycenia się osiągnięciami kultury i techniki, organizacji społeczeństwa i poziomu życia – tu nie ma złudzeń, Zachodu nie da się dopędzić – ale ze wzbudzanego strachu u innych narodów. Jest to filozofia bandziora-mięśniaka, który może terroryzować innych, póki w okolicy nie zjawi się gorszy i silniejszy bandzior. I zjawił się. U boku Chin Rosja może liczyć co najwyżej na rolę młodszego brata, sama pozostając jedynie, jak powiada Trump, wielką, obskurną stacją benzynową uzbrojoną w atomówki. Czy wystarczy to, by liczyć się we współczesnym świecie? Bez wyrzucenia na śmietnik historii mocarstwowych mrzonek – raczej wątpię.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: