Keine Grenzen

Jakaś firma wypuściła za granicą na rynek kolekcję damskich ubrań przyozdobioną zdjęciami z Auschwitz – sukienki, bluzki, koszulki, a na nich czarno-białe fotografie budynków, murów, kominów, torów. Coś, co nie mieści się w głowie! Jakoś nie było strasznego wrzasku, nie zbiegli się ze wszech stron iluminaci eurokołchozu, by wyrażać wielkie oburzenie.

Zrobiło to, i bardzo słusznie, Muzeum Auschwitz, zwracając uwagę firmie na to szokujące przekroczenie wszelkich granic. Reklamę produktów usunięto ze strony, a firma wydała nawet oświadczenie z przeprosinami. Tak czy siak, to kolejny przypadek tego, jak działa w praktyce relatywizowanie wartości i nauka tego, że nigdzie nie ma granic. Obrazić katolików, publikując wizerunki Matki Boskiej z tęczową aureolą lub bananem? Bardzo proszę, hulaj dusza! Opublikować zdjęcia dzieci premiera, krzycząc wielkimi czcionkami tytułu, iż są adoptowane, i dorabiać do tego klimat, jakby to było coś złego? A pewnie! I takich przypadków, jeden za drugim, co chwila i zewsząd, mamy na pęczki. Za każdym razem to wynik likwidowania „granicy” – jako słowa, terminu, wartości, a także fizycznej bariery, która kiedyś oddzielała byty. Układ z Schengen przyniósł wygodę podróżowania, ale zamazał wyrazistość odrębnego terytorium, bo gdy teraz przejeżdża się z kraju do kraju, to czasem człowiek się orientuje o minięciu granicy dzięki innym napisom na znakach drogowych. To samo stało się ze sklepami i regionalizmami, wielkie sieci ogarniają świat pajęczyną placówek i wszędzie można kupić to samo. Wreszcie zamazywane są zwykłe granice między ludźmi. Z mody wychodzi elegancki dystans, zwracanie się do wszystkich nieznajomych per „pan”, „pani”. Keine Grenzen, jak śpiewał kiedyś znany zespół popowy z wokalistą o czerwonej niczym sztandar robotniczy fryzurze.


 
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: