Romantycznie nienormalni, czyli cynicznie podli.

„Kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy” – pisał Donald Tusk w tekście, który stał się słynny, bo padły w nim słowa „polskość to nienormalność”. Główny defekt polskości to nadmierny romantyzm, „bohaterszczyzna” – mówiono Polakom od czasów stalinowskich, poprzez filmy Andrzeja Wajdy, po „Gazetę Wyborczą”. Teraz z tych samych ust dowiadujemy się, że byliśmy romantyczni za mało, w gruncie rzeczy tchórzliwi, konformistyczni i skłonni do działań podłych. Niech więc nasze oświecone elity zdecydują się: albo, albo.


To ta sprzeczność, której wytłumaczyć nie sposób, jest główną przyczyną przegranej elit III RP w obecnej debacie o polskiej historii. Można komuś zarzucać niedostatek bohaterstwa. Można twierdzić, że odwrotnie, ponosiła go brawura, dowodzić, iż powstania wybuchały niepotrzebnie. Takie dyskusje były w polskim życiu publicznym od zawsze. Ale nie ma takiej ekwilibrystyki, która pozwoliłaby dowieść dwóch tez będących swoim przeciwieństwem. Tym bardziej że przekonanie, iż byliśmy bohaterami, obecne jest nie w propagandzie, lecz w przekazach rodzinnych.
Żadna tradycja polityczna nie głosiła wcześniej, że w czasie wojny byliśmy kolaborantami czy tchórzami. Nawet komuniści uczyli w szkołach, że walcząc z Niemcami, Polacy byli bohaterami. Oczywiście najbardziej bohaterskich Polaków uosabiała Gwardia Ludowa, a źli byli Niemcy z RFN. Oczywiście byli też „panowie” szafujący polską krwią i znienawidzona romantyczna „bohaterszczyzna”.
Jednak po 1945 r. kwestionowania bohaterstwa zwykłych Polaków nie było. Na głoszenie takiej bredni nie poważył się nawet sowiecki okupant ani jego polscy namiestnicy, bo zwyczajnie to im by szkodziło, nawet we własnych, komunistycznych szeregach.

Rakowski w stoczni i Smoleńsk
Twierdzę, że nie doceniamy tego, jak silnie wałkowana przez dziesiątki lat w PRL krytyka „bohaterszczyzny” wpłynęła na trwale ukształtowaną przez PRL...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: