Podwójna (nie)moralność. Przypadki Harveya Weinsteina

Politykom i gwiazdom show-biznesu, które ustawiały się w kolejce, aby potępić seksistowskie słowa Donalda Trumpa, potrzeba było prawie tygodnia, by skomentować seksaferę z udziałem producenta Harveya Weinsteina, szychy Hollywood, przyjaciela Baracka Obamy i sponsora kampanii Hillary Clinton.

Podczas niedawnego rozdania Nagród Emmy furorę zrobiły gwiazdy filmu „9 to 5”, produkcji z lat 80., niosącej silny, feministyczny przekaz. „Wtedy, w 1980 roku, w tym filmie nie zgodziłyśmy się na to, by kontrolował nas seksistowski, egoistyczny, kłamliwy i pełen hipokryzji oszołom” – mówiła jedna z nich, Jane Fonda. „W 2017 roku ciągle nie zgadzamy się, by kontrolował nas seksistowski, egoistyczny, kłamliwy i pełen hipokryzji oszołom” – dodała Lily Tomlin, wywołując prawdziwą burzę oklasków. Doświadczonym celebrytkom chodziło oczywiście o to, by kolejny raz uderzyć w ulubiony worek bokserski Hollywood – prezydenta Donalda Trumpa. Ktoś niezorientowany w amerykańskiej polityce mógłby jednak pomyśleć, że chodziło im o Harveya Weinsteina, potentata przemysłu filmowego, który przez wiele dekad miał molestować młode aktorki, a nawet dokonywać na nich gwałtów.

Zboczeniec, ale nasz
Weinsteina potępić jednak nie było łatwo. Jako producent współtworzył takie hity jak „Pulp Fiction” czy „Angielski pacjent”. Znali go i lubili właściwie wszyscy z celebryckiej śmietanki. Gdy szczegóły na temat seksskandalu z jego udziałem zaczęły wypływać na powierzchnię, internauci bezlitośnie odnaleźli zdjęcia Weinsteina w towarzystwie gwiazd takich jak Meryl Streep, które jeszcze niedawno chwalono za „akty odwagi” wymierzone w strasznego seksistę Trumpa.
Tym bardziej że obydwie sprawy są jednak różne. W przypadku Trumpa mieliśmy do czynienia z nagraniem sprzed kilku lat, na którym w dość niesmaczny sposób opisywał swoje miłosne podboje. Weinstein miał wykorzystywać swoją uprzywilejowaną pozycję, molestując, a niewykluczone, że także...
[pozostało do przeczytania 60% tekstu]
Dostęp do artykułów: