Cohen esencjonalnie

Leonard Cohen ukończył 80 lat. W prezencie zarówno sobie, jak i swoim fanom zafundował świeżutki krążek „Popular problems”

Album zawiera zaledwie dziewięć utworów, trwających nieco ponad pół godziny. Taką długością mogą „poszczycić” się niektóre duże EP-ki. Album jest absolutnie wyjątkowy. Nie ma na nim zbędnego dźwięku, zbędnych słów i ozdobników. Stanowi samą esencję tego, co w Cohenie najbardziej urzeka. Dostajemy dużą dawkę mądrej poezji, klimatycznego, muzycznego tła i prawdziwie męskiego, hipnotycznego głosu. Co ciekawe, po artyście tworzącym w jesieni swojego życia spodziewalibyśmy się płyty stanowiącej kontynuację dotychczasowego dorobku, a tymczasem Cohen zaskakuje.

„Popular problems’” jest w wielu aspektach krążkiem całkowicie innym od tego, co artysta tworzył do tej pory. Pierwsze, co zwraca uwagę, to różnorodność gatunków muzycznych i instrumentów, po które Cohen sięgnął. Większość jego płyt utrzymana była do tej pory w dość jednolitym klimacie, a utwory muzycznie korespondowały ze sobą. Tym razem każdy utwór jest inny i całkowicie wyjątkowy. W kawałku „Slow” słyszymy piękny blues, którego głęboki, a zarazem delikatny klimat tworzą organy Hammonda. Organy te pojawiają się też w innych kawałkach, m.in. w „A Street”. „Did I Ever Love You” to z kolei spokojna ballada oparta na dźwięku fortepianu i skrzypiec, która w refrenach staje się nagle szybkim amerykańskim folkiem.

Typowo folkową balladą jest z kolei „You Got Me Signing”. „Nevermind” zaskakuje nas natomiast wyrazistym elektronicznym beatem, wybijającym rytm utworu będącego klasyczną melorecytacją, przeplataną od czasu do czasu kobiecym głosem, śpiewającym w bliskowschodniej, orientalnej stylistyce. W promującym płytę kawałku „Almost Like The Blues” usłyszymy dla odmiany rytmiczne konga i maracasy uzupełnione mocnymi akcentami gitary basowej. W przeciwieństwie do innych produkcji Cohena, gdzie muzyka i śpiew były równoprawnymi elementami utworów, „...
[pozostało do przeczytania 15% tekstu]
Dostęp do artykułów: