Kolejna Wiosna Wolnych Narodów

Kiedy w marcu 2012 r. pierwszy raz wyjeżdżaliśmy na Węgry, sytuacja polityczna w Polsce była diametralnie inna od obecnej. Rok 2012 – szczytowy okres rządów Platformy Obywatelskiej. W przededniu Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej i w czasie „polskiej prezydencji w Unii Europejskiej”, które władze w Warszawie wykorzystywały propagandowo jako „dziejowy sukces” i spełnienie snów o potędze.

Było to także kilka miesięcy po tym, gdy Jarosław Kaczyński komentując przegrane wybory parlamentarne, powiedział: „Jeszcze będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”. Ciosani złośliwościami ze strony mainstreamowych mediów, że oto „nie mogąc znieść sytuacji w Polsce, wynosimy się nad Dunaj”, istotnie pojechaliśmy. I, jak się okazało, odetchnąć węgierską wiosną, która natchnęła tysiące Polaków do organicznej pracy.

Ale i w Budapeszcie było wówczas inaczej. To prawicowy rząd Viktora Orbána był (w przeciwieństwie do „przewidywalnej Warszawy”) uznawany za „najgorszy w Europie”. Bruksela groziła Węgrom kolejnymi sankcjami. Było to także tuż po wejściu w życie znowelizowanej konstytucji, która w Unii wywołała wręcz furię. Fidesz był gromiony za reformę sądownictwa, ustawę medialną i szeroko pojęty „deficyt demokracji”. Było to także po „marszu miliona”, który na szerokie aleje Budapesztu wyprowadził Węgrów niegodzących się na agresywną ingerencję w ich wewnętrzne sprawy. – Nie wolno nam zaakceptować, aby sowicie opłacani komisarze unijni i europarlamentarzyści, oderwawszy się od własnego narodu, działali w interesie budowy niechcianego mocarstwa, rządzonego przez najbogatsze banki oraz ich właścicieli – mówił wówczas w rozmowie z Olgą Doleśniak-Harczuk i Joanną Urbańską dr László Csizmadia, prezes węgierskiej Rady Porozumienia Społecznego.

Dziś dr Csizmadia to nasz „stary przyjaciel”. Kolejne lata i kolejne Wielkie Wyjazdy, które odbywały się pomimo różnych wiatrów politycznych i zmiennej pogody – od słonecznej aury do apokaliptycznej zimy,...
[pozostało do przeczytania 38% tekstu]
Dostęp do artykułów: