Wolin – blaski i cienie


Między Szczecinem a Wolinem trafiamy do „restauracji” z fastfoodem. Zjedzone przez dzieciaki panierowane „czikeny” to ostatni kontakt z konsumpcją i konsumpcjonizmem XXI w. Od czego jeszcze odpoczniemy w średniowieczu?


Po wypakowaniu gratów i zaniesieniu ich do chaty, która będzie naszym domem przez 12 dób, odstawiam samochód na odległy od skansenu parking. Jest czwartek, 27 lipca, wieczór. Przygotowuję dzieciakom legowisko i padamy spać. Rano budzi mnie... poczucie, że czas wstawać. Wychodzę przed chatę – namioty sąsiadów zasznurowane, po drewnianych, skansenowych chodnikach przemyka kilka osób. Czyli jest godzina... poranna. I tego się będziemy trzymać przez najbliższe dni: zegarek wraz ze współczesną odzieżą schowane głęboko, więc trzeba się zdać na zegar biologiczny i naturalny. Z pomocą przychodzi obserwowanie otoczenia: gdy niewiasty biegną w stronę łaźni – zbliża się godzina 9.00, przerwa w funkcjonowaniu przyskansenowych toalet i koniec ciepłej wody pod prysznicami; mieszkańcy osady zaczynają nerwowo lustrować swoje obozowiska w poszukiwaniu pozostałości po niehistorycznym śniadaniu – nadchodzi 10.00, czas otwarcia bram skansenu; młodzieniec biegnący z kotłem to znak, że w kuchni wydają obiad. Obiad – dodajmy – pożywny, tradycyjny, z tłuszczem, mięsem, glutenem, cholesterolem i tym podobnymi, niemile widzianymi w politpoprawnej Europie frykasami. Dzieciaki szybko zapominają o cywilizacji, smartfonach i laptopach (zresztą i tak nie ma ich jak naładować) i taplają się grupowo w beztroskim dzieciństwie, opisywanym szlachetnym w swej prostocie stwierdzeniem: dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Kwestie kąpieli załatwiają wieczorne wyjazdy nad niezbyt odległy Baltyk. Wspomniany wcześniej zegar biologiczny mówi nam też: zmęczonyś. Uczestnicy warsztatów nie przyjechali tu do spa. Całymi dniami doskonalimy się w rzemiośle, walce, pichceniu. Gdy słońce zachodzi, zasiadamy do niespiesznej wieczerzy z przyjaciółmi. Jemy, rozmawiamy, czasem pośpiewamy. Pogapimy się w blask ognia. I cienie, jeśli jakieś są. 



Bez dymów Mordoru
Nie oszukujmy się – niemal każdy z rekonstruktorów ma też drugie, cywilne i cywilizowane życie, dlatego gdzieś w sakwie tkwi, ustawiony na wibracje, smartfon. Jednak korzystanie z niego jest w scenerii skansenu nierzeczywiste, toteż odbywa się raczej w ukryciu i w ostateczności. Spowodowane jest to również względami oszczędnościowymi – kolejki do kilku punktów ładowania są naprawdę długie.
Uciążliwe jest też zaspokajanie innych cywilizacyjnych nałogów. Palacze muszą wychodzić poza teren skansenu – drewniane, kryte strzechą chaty są łatwopalne, dlatego zakaz palenia jest bezapelacyjny.
 
Skąd przychodzimy?
Higienę psychiczną uczestników warsztatów i festiwalu Słowian i Wikingów kształtuje magia miejsca. Na Wolinie – jak na każdej innej imprezie odtwórczej – zapominam o codzienności, pracy, nie prowadzę „nocnych Polaków rozmów” o firmie, zarobkach, kredytach, polityce i religii. Ale nie oznacza to, że przestajemy mieć poglądy – w końcu do aktywnego odtwarzania historii doprowadziła nas jej ciekawość. Jak również chęć sprawdzenia, kim mógłbym być tysiąc lat temu. I jaką „karierę” mógłbym wówczas zrobić, jakie umiejętności zdobyć, jak zarabiać na życie. Komu służyć i o co walczyć.

Media Strefy Wolnego Słowa objęły patronat prasowy nad Festiwalem.
Autor: