Piotr Wielgucki „Matka Kurka”

Upały niemożebne, człowiek traci rozum albo się robi złośliwy. Nie jestem w stanie do końca określić, co się ze mną stało, w każdym razie przyszedł mi do głowy taki oto sadystyczny test. A gdyby tak spytać dziesięciu przypadkowo spotkanych Polaków, w której partii jest obecnie Michał Kamiński, to jaka padłaby odpowiedź? Prawdopodobnie mielibyśmy dużo śmiechu i tyle samo zaskoczenia. Gdzieś Kamiński jest, w jakichś „Europejczykach” czy coś, ale to coś jest podczepione do PSL, które zmierza w tym samym kierunku, co Kamiński. Jak tak dalej pójdzie, to „partia o stuletniej tradycji” zostanie kompletnie anonimowym bytem, miotającym się od tęczowych dewiacji po antystemowy ruch społeczny. Najnowszy pomysł PSL na przeżycie to połączenie sił z Kukiz’15. Jakież wspólne wartości i przekonania...
Dobry nastrój powyborczy ciągle się utrzymuje, wprawdzie w stanach średnich, ale przecież nie da się trwać w euforii bez końca, a gdyby nawet się dało, byłoby to niezdrowe. Cieszę się nie tylko z tego, że wybory poszły genialnie, cieszy mnie też kompletna indolencja nieboszczki Koalicji Europejskiej. I nie jest to radość z cudzego nieszczęścia, ale ze szczęścia, które nie opuszcza Polski. Bardzo oszczędnie używam wielkich słów, dlatego czuję się w obowiązku wyjaśnić, skąd pomysł, aby zwycięstwo PiS i porażkę PO nazywać szczęściem Polski. Na to pytanie odpowiada cyrk zorganizowany przez PO w Gdańsku, w którym dla Polski zabrakło miejsca. O 21 postulatach Solidarności, sparodiowanych po 30 latach od „pierwszych wolnych wyborów”, napisano już sporo, to nie chcę się powtarzać. Muszę...
Powyborcze nastroje można podsumować tylko jednym słowem – szampańskie. I słusznie, jest to czas radości i wolno się wyszaleć. A kto był jedynym człowiekiem związanym z obozem PiS, który zwycięskim szampanem się nie upijał? Tak, to Jarosław Kaczyński z surowym żądaniem poprawy wyniku. Nie trawię moralizatorstwa, co jest cechą immanentną wśród dziennikarzy i polityków, do szału doprowadzają mnie te wszystkie kalki: „pycha kroczy przed upadkiem”, ale… Prezes jak zwykle ma rację i pamiętajmy, że w Polsce rzadko wygrywa agresor, bo sympatia Polaków zawsze jest po stronie ofiary. PiS wygrało wybory z wielu powodów, nie ma tu generalnego czynnika, ale mnóstwo składowych i wśród nich rola ofiary. Przegraną kampanię KE oparła na atakowaniu Kaczyńskiego, potem Morawieckiego, na końcu Kościoła,...
Któż nie zna powiedzonka handlowego: „Niemiec płakał, jak sprzedawał”? Prawie wszyscy znają, ale muszę się pochwalić, że byłem jednym z pierwszych, który słyszał te anegdotyczne słowa na własne uszy. Było to bardzo, bardzo dawno temu, tak dawno, że Internet nie istniał. Mieszkam przy granicy niemieckiej i pochodzę z małego miasteczka Chojnów, prawdziwego zagłębia używanych samochodów z Niemiec. Pierwszy raz o płaczącym Niemcu słyszałem na początku lat 90. ubiegłego wieku. Nie inaczej było z: „Niemiec do kościoła jeździł” itp. Mam takich perełek w pamięci całą armię, dlatego bardzo się zdziwiłem, gdy po 25 latach te wszystkie mało „śmieszne żarty” służące oszustwu, stały się przebojem Internetu. Skoro już przejechałem niemieckim samochodem spory kawałek historii polsko-niemieckiej...
Znów zabawię się w proroka we własnym kraju, co wbrew przysłowiu wcale nie jest takie trudne, ale zacznę od samochwalstwa związanego z obcym krajem. Kilka tygodni temu doszło do tragicznego w skutkach pożaru, spłonął dach i zawaliła się wieża katedry Notre Dame. Pozwoliłem sobie wówczas na popełnienie felietonu, w którym ostrzegałem, że odbudowa tej perły architektury zakończy się jedną wielką tragifarsą. Niestety proroctwo właśnie się realizuje na naszych oczach, chociaż mało kto już w tę stronę patrzy. Francja ogłosiła międzynarodowy konkurs na odbudowę katedry i rozpoczęła się zmierzająca donikąd procedura. Większość zgłoszonych pomysłów skupia się na zmianie funkcji katedry, z sakralnej na muzeum. Szklane kopuły i tego typu „nowoczesne” wynalazki królują i zyskują tani poklask....
Zacznę prześmiewczo i zgryźliwie, ale trudno, żeby było inaczej, gdy mowa o frekwencji na demonstracjach w „obronie konstytucji i demokracji”. Kiedyś Kurski sadzał przed monitorem dziesięciu stażystów, którzy liczyli demonstrantów ołówkiem, po czym Hanna Gronkiewicz-Waltz podawała bez liczenia 250 tysięcy. Teraz nikt nie liczy i nie podaje liczb, bo 134 emerytów przed siedzibą Sądu Najwyższego nawet TVN nie był w stanie rozmnożyć, chociaż jak zawsze się starał. Tylu ludzi wyprowadzili na ulicę Schetyna i Lech „Bolek” Wałęsa, a trzeba pamiętać, że ten ostatni wyprowadzał pod pistoletem. Żarty żartami, ale poważnie patrząc na to, co działo się 3 i 4 lipca 2018 roku, nie sposób uniknąć przykrej i odrażającej wręcz symboliki. Na wiecach pojawiła się ta sama śmietana PRL i III RP co zawsze...