Wydrukowano dnia: 20/04/2014 - 19:14
Agentura, Cyngle, Komuniści w Polsce

Półdziewic Passent

Do powyższego tytułu i poniższego szkicu sprowokował mnie wywiad Jana Ordyńskiego z Danielem Passentem, który ukazał się książkowo pod tytułem „Passa”. Jego bohater usiłuje się w nim zaprezentować jako przodująca dziewica PRL (mówiąc językiem poprawniejszym politycznie: jako dziewic) – lecz udaje mu się to tylko połowicznie. Stąd tytuł.

„Passa” ma długość i wdzięk tasiemca, jak się zdaje autor wymyślił ją głównie po to, by dać odpór oskarżeniom o współpracę z SB. Na s. 193 oświadcza:
„Z tego co wiem, mam trzy teczki. Jedna jest teczką »figuranta« mają mnie na oku, jestem na podsłuchu, moja korespondencja jest czytana. W dwóch pozostałych figuruję jako TW, wyrejestrowany w 1970 z powodu uchylania się od dostarczania informacji. (podkr. B.U.) Nie wiedziałem, że byłem śledzony, nie wiedziałem, że byłem TW, nie wiedziałem, że się uchylałem i nie wiedziałem, że czterdzieści (!) lat temu zostałem wyrejestrowany”.

Oświadczenie to zawiera szczyptę prawdy. Prócz niego w książce Passenta znajdują się dwa stwierdzenia, w których nawet tej szczypty brakuje

1. (…) ktoś, kto utrzymywał kontakty z cudzoziemcami, musiał liczyć się z tym, że pojawi się bezpieka, acz nie zawsze i nie u każdego. Do mnie przyszli dopiero kilka lat później w Wietnamie” (s. 144–145, podkr. B.U.).

2. Kilka linijek wcześniej Passent wspomina, iż w 1961 r. spotkał się z nim radca ambasady amerykańskiej Lee Stull, ale szybko dodaje: „Żaden polski wywiad ani kontrwywiad ze mną wtedy nie rozmawiał” (s. 144, podkr. B.U.).

Nim zajmę się zawartością teczek, chcę przypomnieć, że większość naszych eliciarzy, zwłaszcza ze świata kultury, korzystała z każdej okazji, by podlizywać się służbom specjalnym, załatwić coś dla siebie albo załatwić kolegę. Stopień sformalizowania tych związków nie był ważny; dla eliciarzy ważny był „parasol”, dla SB – informacje. Najliczniejszą gromadę stanowili agenci określani jako kontakt poufny (KP). Taki KPuś nie musiał dostarczać donosów na piśmie – pisał za niego oficer prowadzący, czyli wysłuchujący informatora i płacący za niego rachunek w kawiarni. Gdy KP awansował na TW (tajnego współpracownika) – reguły „pracy” mogły się zmienić, lecz nie musiały. Esbecja uważała, by nie zrażać prominentnych współpracowników. Nie wymagano od nich pisemnych raportów, czasem nie odbierano zobowiązań do współpracy, płacono prezentami i przywilejami. Passent jako pierwszoligowy dziennikarz nie był zainteresowany pieniędzmi, tylko dobrą opinią w SB i możliwością wyjazdów. Gdyby nagle kazano mu pisać raporty, odebrałby to jako pogorszenie warunków, jako niezasłużone szykany…

Passent w trzech smakach

W ramach planu badawczego („SB a środowisko młodoliterackie”), a więc trochę przypadkiem trafiłem na trzy teczki naszego felietonisty.

I. Pierwsza z nich liczy (formalnie) 216 stron. Zaczyna się od karty informacyjnej – jako „aktotwórca” figuruje MSW, jako tytuł teczki: Daniel Passent – „John”, „Daniel” „Dan”. Daty skrajne 1966–1976, sygnatura archiwalna IPN BU 002082/151. Na s. 4 pojawi się zdjęcie naszego bohatera i wystukana na maszynie uwaga, że dwie teczki materiałów Biura „B” i „T” komisyjnie zniszczono. Na tej też stronie pojawi się określenie Passenta jako „figuranta”, co może sugerować, iż rzeczywiście należał do inwigilowanych. Znaczy wróg! Ale już oczko niżej ten pozytywny wątek się urywa i czytamy: „nie stwierdzono wrogiej działalności’’ (s. 4). Znaczy, że jednak nasz człowiek! Na s. 15 znajdujemy wyjaśnienie przejściowej inwigilacji: „kontrola ze względu na kontakty z personelem ambasady USA oraz z elementami rewizjonistycznymi i syjonistycznymi”.

W tej samej teczce znajdujemy jeszcze notkę o Passencie, notatkę na temat jego żony, informacje o zagranicznych wyjazdach etc. Wyjazdy jak na tamte czasy liczne i tłuste – nie licząc ZSRS i dewizowego Wietnamu, jest roczne stypendium w USA, Jugosławia, Czechosłowacja, Francja, Finlandia, Grecja, Turcja, Cypr, znów Francja. Może zakręcić się w głowie.

Do ciekawszych dokumentów należy notatka z rozmowy operacyjnej przed jego wyjazdem „Daniela” do USA. Po przyjeździe przekazał raport z pobytu w Ameryce (s. 188–193), co znalazło odbicie w dokumencie wytworzonym w Wydziale VIII Departamentu II. Stwierdza się w nim, że 19.10.1963 r. doszło do spotkania w kawiarni – tym razem w trójkę: „Daniela”, jego prowadzącego kpt. Adacha i Edwarda Hryniewieckiego (st. ofic. oper. Wydz. VIII Dep. II.), który potem sporządził następującą notatkę:

„W dniu dzisiejszym w kawiarni zapoznany zostałem przez tow. Adacha z k.p. »Daniel«. Doręczył on nam kopię elaboratu skierowanego do Biura Prasowego KC PZPR odnośnie swego pobytu na stypendium Uniwersytetu Princeton. Stwierdził on, że szczegółowy elaborat opracował zgodnie z naszym życzeniem, bowiem dla KC potraktowałby wiele rzeczy ogólniej” (s. 186, podkr. B.U.). Tak więc jednym raportem zaskarbił sobie względy dwóch panów.

Z tej samej teczki warto odnotować „Notatkę służbową” majora Z. Kokoszy (Wydz. VIII Dep. II MSW) z 6 lipca 1964 r. (s. 194–195) opisującą wcześniejsze spotkanie w „Szwajcarskiej”. Informacje „Daniela” zostały uznane za przydatne nie tylko dla Wydziału VIII: „Z notatki sporządzono wyciągi do poszczególnych spraw. Fragmenty wypowiedzi figurantów o pobycie Roberta Kennedy’ego w Polsce przekaże się do Wydziału X Departamentu II”. Kokosza dodaje: „W następnych notatkach »Daniel« będzie występował jako »John«”. Zauważmy, że nie występuje tu jako figurant – figurantami są ci, o których nasz dziennikarz informuje bezpiekę. Takich „następnych notatek” świadczących o pozytywnej współpracy będzie sporo – ich konsekwencją zaś „Raport w sprawie przekwalifikowania k.p. ps. »John« na tajnego współpracownika”, datowany na 10 sierpnia 1964 r. (s. 198). Po podaniu podstawowych danych – lat 26, narodowość etc. major pisze:

„Wymieniony został pozyskany do współpracy 4. I. 1961. W początkowym okresie wymieniony miał wątpliwości czy kontakt z nim nie wypływa ze względu na zastrzeżenia do jego osoby”. (Uspokojono go, że nie). „Obecnie stosunki z »Johnem« ułożone są prawidłowo. Informuje nas chętnie. Wartość jego informacji stosunkowo duża.

Jako były stypendysta fundacji Felloship University of Princeton (…) i poważany publicysta jest pożądanym gościem figurantów. Aktualnie utrzymuje kontakty z Donelly’m – sekretarzem politycznym, De Vecchim – II sekretarzem i Arnoldem – attaché (!) prasowym ambasady USA w Warszawie. Ze spotkań z nimi »John« dostarcza informacje przede wszystkim z dziedziny politycznych zainteresowań poszczególnych figurantów. Biorąc pod uwagę powyższe, wnoszę o przekwalifikowanie kp. ps. »John« na tajnego współpracownika.

St. Oficer Operacyjny Wydz. VIII Dep. II. Z Kokosza – mjr” (BU 2082/151, s. 198).

W lewym górnym rogu widnieje pieczątka „Zatwierdzam” i data 12.08.64, podpis nieczytelny.

Odwołując się do słów wieszcza: 12 sierpnia 1964 obiit zwykły KPuś „John”, natus est TeWuś „John”.

Z żywota TW „Johna” – uzupełnienie „Passy”

Informacje zawarte w teczkach wskazują, że „Daniel” – „John” wiedział, z kim się spotyka, czego od niego służby oczekują i dawał im to gorliwie. Jako dowód dwie ciekawostki:

1. Notatka kpt. Z. Sarewicza z 29 maja 1965 r. dowodzi, iż SB potraktowała Passenta poważnie, rozpraszając jego obawy i zaspokajając próżność. W pewnym sensie i tutaj był pupilkiem. Poczytajmy:

„Do współpracy został pozyskany w 1961. r. W początkowym okresie PASSENTA cechowała pewna bojaźń przed kontaktami z dyplomatami USA (mimo kontaktów z nami). Ustalono, że prosił o zezwolenie w Biurze Prasy KC oraz u redaktora naczelnego »Polityki« RAKOWSKIEGO. Obecnie do współpracy podchodzi uczciwie. Wartość przekazywanych przez niego informacji jest również duża. Zgodnie z otrzymanym poleceniem w dniu 28 maja br. zaproponowałem PASSENTOWI spotkanie z Wiceministrem Spraw Wewnętrznych tow. SZLACHCICEM. Passent propozycję przyjął chętnie. (…) Zdz. Sarewicz” (s. 200, podkr. B.U.).

2. Druga ciekawostka pochodzi z notatki tegoż Sarewicza z 8 września 1967 r. Tekścik jest jeszcze bardziej interesujący, ale jego analiza przez SB wręcz sensacyjna.

Notatka relacjonuje spotkanie z 7 września. Otóż Kaiser (sekretarz Wydziału Politycznego ambasady USA) zaprosił Passenta do siebie, mówiąc, że będzie jeszcze kilku przyjaciół – okazało się, że obiad jest nakryty tylko dla dwóch. Kaiser włączył radio – oczywiście by zagłuszać podsłuch. Passentowi się to nie spodobało, doszło do wymiany zdań i Kaiser przestał go zapraszać (za s. 204–205).

Opowiadając to wszystko, Passent nie zdaje sobie sprawy, czy i na kogo w tym momencie donosi. Bezpieka wie, bo obserwuje kontakty Kaisera. Pod rzeczoną notatką czytamy uwagę Sarewicza, z której przede wszystkim wynika, że jest od Passenta mądrzejszy. „Informacja dotycząca KAISERA ma dużo cech prawdopodobieństwa. W związku z tym wszelkie indywidualne jego kontakty zostaną przepracowane pod kątem ewentualnego ustalenia osób, które nie zaprotestowały przeciwko tego rodzaju metodom (podkr. B.U.) stosowanym przez KAISERA”. (s. 204). Ciekawe, czy po tym „przepracowaniu” ktoś miał „kłopoty” i jakie?

Na tym jednak nie koniec atrakcji. Jeśli Passent donosił niejako w wymiarze taktycznym, towarzyskim, to Sarewicz odczytał donos w wymiarze operacyjnym, a jego zwierzchnicy – w wymiarze strategicznym, a nawet politycznym. Pod notatką Sarewicza można przeczytać odręczną uwagę opatrzoną nieczytelnym podpisem. Któryś z szefów Departamentu II przypomina, iż Kaiser jest Żydem i zwraca uwagę na to, co naprawdę z informacji wynika: „funkcje polityczno-propagandowe nie sprawuje ambasada Holandii, która oficjalnie reprezentuje Izrael, lecz wykonuje to Kaiser i jego pracownicy z ambasady USA. W tej sytuacji szczególnego znaczenia nabiera kontrola działalności Kaisera i jego kontaktów” (s. 205). Passent nie ma pojęcia, że oto doniósł służbom polskim, a może i nie tylko polskim, iż ambasada Holandii robi zasłonę dymną, a rzeczywista agentura wpływu działa poprzez ambasadę USA.

Zrobił swoje

Luki w dokumentacji nie pozwalają stwierdzić, do kiedy dokładnie trwała współpraca. Okres udokumentowany można podzielić na etapy: 1961–1964 – informator w randze KP; 1964–1970 – TW. W końcowym okresie współpracy SB zaczyna mieć wątpliwości, czy Passent nie zataja niektórych kontaktów ze środowiskiem żydowskim, pojawiają się też donosy na Passenta. Dziennikarza kilkakrotnie sprawdza Wydział IV Departamentu III. Jest to dobry materiał na komedię, ale SB nie ma poczucia humoru. 12 stycznia 1970 r. jakiś oficer o nieczytelnym podpisie wystawia „Wniosek o zaniechanie współpracy z tajnym współpracownikiem pseudonim »John« nr rejestr 1008”. Zaczynają go informacje dość banalne na temat „Johna”, potem następuje zmiana tonu: „Wyżej wymieniony został pozyskany do współpracy w 1961 (…). Przekazywał informacje charakteru politycznego uzyskane podczas kontaktów pracownikami ambasady USA. Po agresji Izraela w 1967 r. »John« zaczął celowo unikać kontaktów z dyplomatami USA i uchylał się od realizacji zadań operacyjnych pod różnymi pretekstami. Obecnie jego kontrakty z dyplomatami USA są rzadkie. Ze względu na nieprzydatność (s. 209) operacyjną dla nas (…) wnoszę o zaniechanie współpracy z t.w. ps. »John«”. (s. 211). Ostatnie słowa to już nie rękopis esbeka, tylko stały druk na blankiecie. Postawiona na pierwszej stronie pieczątka „Zatwierdzam” sugeruje, iż kontakty zerwano. Zdecydowała nieprzydatność (zrobił swoje…), ale nie tylko.

Z dokumentacji wynika, że strony się dogadywały od 1961 r. Mariaż się popsuł, gdy SB przypomniała sobie o pochodzeniu Passenta. Zabrzmi to może dziwnie, lecz w świetle danych IPN Passent okazuje się nie tylko zarejestrowanym jako TW, ale także spóźnioną ofiarą Marca. A pokrzywdzony został tym, że SB odstawiło go od swojej dziarskiej piersi.

Wydawać by się mogło, że wszystko jest już jasne, że po 9 latach mniej lub bardziej udanych stosunków Passent dostaje kopa i wraca do dziewictwa – ale…
Są dokumenty, które zaciemniają ten obraz. Np. na s. 48 (z 216) znajdziemy notatkę z 13.08. 1970 r. Częściowo już o niej wspominałem, warto jednak ją zacytować:

„Początkowa negatywna opinia i brak zgody na wyjazd na skutek polecenia v-ce Min. F. Szlachcica została zamieniona na decyzję pozytywną” (s. 48).
Kawałek dalej czytamy: „W teczce odnotowano że D. Passent w czasie pobytu w Wietnamie udzielał informacji politycznych. Jest również jego pokwitowanie na 50 dol. za wydatki operacyjne”. Podpisał Insp. Wydz. IV D III MSW mjr St. Kabaciński.

Nie jest jasne, czy była to jednorazowa wypłata, ani na co Passent ją przeznaczył.

Mini-Passent

Najkrótsza z dyskietek (sygn. IPN BU 0 1434/364) dodaje jeszcze parę wzruszających szczegółów. Zaczyna się od ankiety KP „Daniel”, pozyskanego 4 stycznia 1961 r. „na podstawie dobrowolności” etc. O początkach kontaktów KP z SB można przeczytać:

„W drugiej połowie 1960 r. na łamach »Polityki« ukazał się cykl artykułów wymienionego na temat stypendiów zagranicznych. Artykuły powyższe były początkiem zainteresowania się jego osobą przez niektórych dyplomatów amerykańskich w Warszawie, jak attaché (!) kulturalnego Richmonda, I sekretarza politycznego Stulla, II sekretarza politycznego Jonesa, którzy nawiązali z nim kontakty towarzyskie.

Celem wyjaśnienia powyższych kontaktów w styczniu 1961 r. przeprowadzono rozmowę z »Danielem«. (…) Z uwagi na dalsze spotkania wymienionego z cudzoziemcami podtrzymano z nim stały kontakt poufny. Spotkania odbywano z nim sporadycznie, podczas których przekazywał on informacje dotyczące naszych figurantów”.

Zakończenie esbeckiego dokumentu wzrusza jak telenowela:

„»Daniel« ma zamiar zawrzeć związek małżeński z córką ambasadora polskiego w Wiedniu – Kuryluka. Kuryluk, a szczególnie jego żona, są przeciwni zawarciu tego związku małżeńskiego, przy czym podobno dochodzi na tym tle do dużych nieporozumień pomiędzy małżonkami. Twierdzi on, że sprzeciw Kuryluków wypływa z ich antysemickiego nastawienia. Podpis: St. Ofic. Oper. Wydz. VIII Dep II Adach kpt” (s. 8 z 10, BU 0 1434/364).

Czytelnicy mogą sobie zgadywać, czy chciał coś sobie takim wyznaniem załatwić, czy może załatwić kogoś. A może po prostu chciał się komuś wypłakać, a wiadomo, że nikt tak nie rozumie człowieka, jak SB.

Część druga szkicu Bohdana Urbankowskiego „Półdziewic Passent” za tydzień w „Gazecie Polskiej”. A w niej m.in. o tym, jak Passent został prymusem; jakie znaczenie miały jego kontakty w amerykańskiej ambasadzie; jak zaszkodzili mu Adam Michnik i Henryk Szlajfer oraz jak spłoszyła go Agnieszka Osiecka.

2013-03-05 [21:45]
Bohdan Urbankowski
Nr 10 z 6 marca 2013
Literatura - Recenzje
http://www.gazetapolska.pl/28203-poldziewic-passent
Całość utworów jak i ich żadna część opublikowana na portalu gazetapolska.pl nie może być powielana i rozpowszechniania dalej w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, w tym także zamieszczana w Internecie - bez zgody Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o. o.