Wydrukowano dnia: 25/10/2014 - 02:34

I kto tu nienawidzi dzieci?

Niechęć, nienawiść Kościoła czy konserwatywnych chrześcijan do dzieci poczętych metodą in vitro jest najczęstszym argumentem w rękach i ustach zwolenników zapłodnienia pozaustrojowego. Jest on jednak całkowicie niezgodny z prawdą. Jeśli ktoś rzeczywiście lekceważy interesy tych dzieci, to są to raczej zwolennicy sztucznej prokreacji.

Fundamentem każdej etyki lekarskiej jest zasada, by nie szkodzić pacjentowi. Ale to właśnie ona jest łamana podczas zapłodnienia pozaustrojowego metodą in vitro. I dzieje się tak na każdym niemal etapie tej techniki. Pierwszym elementem działań medycznych, które mogą być potencjalnie niebezpieczne genetycznie dla dziecka, jest stymulacja hormonalna kobiety. Tylko połowa z pobranych wówczas komórek nadaje się bowiem do zapłodnienia, reszta jest poważnie uszkodzona. Z tej połowy również nie wszystkie spełniają warunki konieczne do powołania z nich nowego człowieka. Tego typu problemy w połączeniu z manipulacjami genetycznymi na najwcześniejszym etapie rozwoju człowieka skutkują nieznacznymi zmianami w genetycznym dziedzictwie dziecka, które, po pierwsze, odbiją się na jego zdrowiu, a po drugie, mogą wpłynąć na los i genetyczne dziedzictwo jego własnych dzieci.
Ale tego, czy tak jest, nikt nie sprawdzał. Entuzjazm dla nowości, dogmatyczna wiara w to, że wszystko co technicznie możliwe powinno być natychmiast wprowadzane w życie, przesłoniły medykom niebezpieczeństwa (oczywiste dla każdego, kto nie jest ślepym entuzjastą nauki), jakie rodzić mogą tego typu techniki reprodukcyjne. A żeby ślepoty tej nie dało się przerwać, by nie pojawiły się rysy na medycznej bezproblemowości zapłodnienia in vitro, to badania na ten temat są do tej pory utrudniane i ograniczane. Rodzice i lekarze często nie godzą się na uczestnictwo ich potomstwa w badaniach, a nawet ukrywają (także w oficjalnych dokumentach) dane o tym, w jaki sposób ich dziecko powstało.

Słabsze dzieci

Mimo to pojawiły się już pierwsze poważne wyniki badań. I wcale nie napawają one optymizmem właściwym obrońcom zapłodnienia in vitro. Choć szczątkowe, pokazują jednoznacznie, że technika ta ma liczne, nieprzewidywalne efekty uboczne. Najczęstszym efektem tego typu poczęcia, może jeszcze niegroźnym, ale zasługującym na uwagę, jest fakt, że dzieci powstałe w wyniku procedury zapłodnienia pozaustrojowego rodzą się zazwyczaj z o wiele mniejszą (niską lub nawet bardzo niską) masą urodzeniową w porównaniu z dziećmi poczętymi normalną metodą. Wystarczającym wyjaśnieniem tego zjawiska nie jest zaś fakt – jak wynika z badań opublikowanych na łamach „New England Journal of Medicine” – że ciąże IVF są częściej niż w pozostałej populacji ciążami mnogimi. Ryzyko urodzenia dziecka z niską lub bardzo niską wagą urodzeniową nie da się wyjaśnić także przez różnice w wieku matek, w materialnych warunkach rodziców itd. Zdaniem naukowców wynikają one raczej (choć zastrzegają, że sprawa wymaga dalszych badań) z samej metody zapłodnienia in vitro.

U dzieci poczętych taką metodą ponadtrzykrotnie częściej występują zespół Beckwith-Wiedemanna i zespół Angelmana. W standardowej grupie badawczej schorzenie to występuje raz na 15 tys. urodzin, wśród dzieci poczętych metodą in vitro raz na 5 tys. urodzin. Obie te choroby wykrywane są nie w okresie płodowym, ale dopiero później. Zespół Beckwith-Wiedemanna charakteryzuje się gigantyzmem, przepukliną pępkową, przerostem języka, nowotworami wielu organów, hipoglikemią i zaburzeniami neurologicznymi na skutek mutacji chromosomów. Zespół Angelmana związany jest z objawami neurologicznymi: upośledzeniem umysłowym, ataksją, padaczką, charakterystycznymi ruchami przypominającymi marionetkę i napadami śmiechu bez powodu. Dwukrotnie częstsze niż u dzieci poczętych w sposób normalny są również u osób poczętych w wyniku zapłodnienia in vitro poważne defekty urologiczne, kardiologiczne, a nawet mięśniowo-szkieletowe. Lekarze wskazują wprawdzie, że część odpowiedzialności za tak podwyższone ryzyko schorzeń ponosić może wiek matek decydujących się na taką formę prokreacji, ale nie wykluczają przy tym, że nie mniej istotny może być wpływ samej techniki zapłodnienia pozaustrojowego. Dzieci poczęte w wyniku procedury in vitro cierpią częściej na rzadkie dziecięce nowotwory oczu. Wszystkie te badania, choć potwierdzone autorytetem uczonych, zawsze opatrywane są zastrzeżeniem, że ich rezultaty wymagają dalszych pogłębionych studiów. Tyle tylko, że w przypadku jakiegokolwiek leku, który miałby tak istotny wpływ na zdrowie pacjentów i stwarzał tak wielkie niebezpieczeństwo, już dawno postarano by się go wycofać z obiegu.

Kim jestem?

Ale metoda in vitro ma także potężne skutki psychiczne dla urodzonych dzięki niej dzieci. Szczególnie dobrze widać to u osób poczętych z materiału genetycznego, który nie pochodzi z organizmów ich społecznych rodziców. I właśnie to skłania owe dzieci do stawiania trudnych pytań o własną tożsamość, pochodzenie, o to, kim są. Aby zobaczyć, jakim może to być dramatem, warto sięgnąć po słowa ludzi poczętych dzięki takim technikom. One mówią o wiele więcej niż opinie etyków czy moralistów. A znaleźć je można na pierwszym forum, które poświęcone jest takim problemom. Założyła je w 2011 r.  24-letnia pisarka i muzyczka Alana S. z San Francisco. Ona sama jest efektem procedury in vitro przeprowadzonej za pomocą materiału genetycznego od anonimowego dawcy. Jej celem jest pokazanie cierpienia osób pochodzących od anonimowych przodków. – Wiele z nas chce opowiedzieć o swoim bólu, ale nie chcemy wystawiać naszych twarzy do kamery czy ranić naszych rodziców – podkreśla dziewczyna.

Wpisy, które znaleźć można na jej portalu, potwierdzają, że wiele tych opinii mogłoby mocno dotknąć rodziców dzieci pochodzących od anonimowych dawców biologicznych. „Jestem człowiekiem, a mimo to zostałem poczęty techniką, która ma swoje korzenie w hodowli zwierząt. A najgorsze jest to, że rolnicy bardziej troszczą się o pochodzenie swojego bydła, niż kliniki in vitro o pochodzenie ludzi naszej epoki. Dziwnie się też czuję z tym, że moje geny pochodzą od dwójki osób, które nigdy się nie kochały, nigdy nie tańczyły razem, nigdy się nie spotkały” – napisał jeden z forumowiczów. A inny uzupełnił. „Jestem wściekły na moich rodziców, ale wciąż cierpię w tajemnicy. Nie powiedziałem nawet mojemu bratu, że jesteśmy tylko rodzeństwem przyrodnim. Mój tato też nie wie, że ja już o tym wiem. Gdy dorastałem, byłem przez rodziców traktowany inaczej niż mój brat, teraz już wiem, dlaczego tak się stało. Oni byli świadomi mojego pochodzenia”.

Interes dzieci ważniejszy od pragnień rodziców

Tyle krótkich refleksji. Ale są również dłuższe. „Moja rodzina kocha mnie, nie wątpię w to. Nie wątpię, że byłam naprawdę chcianym dzieckiem. Nie wątpię, że serca moich rodziców były wypełnione dobrymi intencjami, kiedy przy współudziale nauki doprowadzili do mojego powstania. Chcę wiedzieć, dlaczego jestem inna. Chcę wiedzieć, czy jest ktoś jeszcze, kto może wiedzieć, intuicyjnie, bez słów, kim jestem i jaki to ma sens. Istnieje więź międzyludzka, która jest czymś więcej niż tylko więzią społeczną, wynikłą z doświadczenia czy wychowania. Jest jeszcze więź biologiczna i to właśnie chcę zobaczyć w innych. A wszystko co widzę to to, jak mi tego brakuje, kiedy spotykam się z moją rodziną. Czy mam dziadków? Czy moje rodzeństwo śmieje się tak samo jak ja? Czy są jacyś ludzie wokół mnie, którzy, jak ja, szukają tej więzi tworzącej człowieka? Dającej sens? Cieszę się, że żyję. Cieszę się, że mam życie takie, jakie jest. Smutno mi jednak, że tak mało wiem o moim źródle. Dla każdego rodzina wygląda inaczej. Większość ludzi mówi o jakimś niepożądanym elemencie w ich rodzinach. Ale to są ich rodziny! Gdzie jest moja? I dlaczego istnieje taki system, który zabrania mi to wiedzieć? Wiedzieć, skąd wzięły się moje geny, jaki jest mój rodowód, moja rodzina – to prawo człowieka. Moje prawo” – pisze kobieta. A jej pytania powinni sobie powtarzać wszyscy, którzy bezmyślnie opowiadają się za zapłodnieniem heterogenicznym i opowiadają o wspaniałości medycyny. Oni powinni także zadać sobie pytanie, czy ktoś, kto rzeczywiście kocha dzieci, ma prawo powoływać je do istnienia tak wysoce nieskuteczną i szkodliwą metodą tylko po to, by zaspokoić pragnienia rodziców. I szukać odpowiedzi na pytanie: czy te pragnienia mogą usprawiedliwić zupełne nieliczenie się z interesami dzieci?

2012-07-18 [06:29]
Tomasz Terlikowski
Nr 29 z 18 lipca 2012
Sprawy społeczne
http://www.gazetapolska.pl/20772-i-kto-tu-nienawidzi-dzieci
Całość utworów jak i ich żadna część opublikowana na portalu gazetapolska.pl nie może być powielana i rozpowszechniania dalej w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, w tym także zamieszczana w Internecie - bez zgody Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o. o.