Robert Sawczyński

W Rumunii, kraju hospodara wołoskiego Drakuli, od Karpat po Morze Czarne turysta nie znajdzie luksusów, ale spotka za to uśmiechniętych i gościnnych mieszkańców. Po przekroczeniu granicy węgiersko-rumuńskiej samochód zwalnia do 40 km/h. Nawet łazik księżycowy nie podołałby takiemu wyzwaniu. Całych dróg asfaltowych prawie nie ma albo są w ciągłej budowie. Jeżeli turysta już wjedzie na „czarny tor”, momentalnie zaczyna czuć się niczym w grze komputerowej. Zasad nie ma. Zdarza się, że 20 metrów przed kierowcą wyrasta samochód jadący z naprzeciwka, pędzący powyżej 120 km/h. Na zakręcie, pod górkę, przecinając dwie linie ciągłe. Do kolizji nie dochodzi, ale masz wrażenie, że minęliście się na grubość kartki papieru. To pierwsze przygody zmotoryzowanych podróżników w kraju byłego...