DAKAR \ Kto wystartuje w morderczym rajdzie? Dakar, czyli styl życia

Nie ma chyba drugich takich zawodów, w których sportowcy na każdym kroku podkreślaliby, że rywalizacja z przeciwnikami nie jest taka istotna, a najważniejsze jest pokonanie własnych słabości. Za niewiele ponad miesiąc rozpoczyna się kolejna edycja Rajdu Dakar, który powinien być wyjątkowo udany dla zawodników Orlen Teamu

Krzysztof Oliwa
Jest takie powiedzenie, że każdy zawodnik po ukończeniu Dakaru powtarza sobie, że już nigdy więcej nie skaże samego siebie na taką katorgę. O co chodzi? Dakar to kilkanaście dni morderczej jazdy samochodem przez bezdroża, pustynie, wydmy i góry. Kilkanaście godzin dziennie za kierownicą motoru, quada, samochodu lub ciężarówki, gigantyczne różnice wysokości, ściganie się na pustyni i w śniegu. Zabawa dla najtwardszych.
W przyjaźni siła
– Faktycznie są takie momenty, kiedy człowiek chciałby to wszystko rzucić w diabły. Pamiętam, jak startowałem na motorze, a po dojechaniu do mety miałem tak obite łokcie, że siniaki i krwiaki schodziły mi przez kilka kolejnych tygodni – wspomina Marek Dąbrowski.
– To trudny rajd, ale taki właśnie ma być. Na tym polega jego urok, bo Dakar to nie tylko ściganie, lecz także styl życia – uzupełnia Jacek Czachor. To on razem z Markiem stawiali pierwsze kroki z Orlen Teamem. – To był 2000 rok. Trochę czasu już zleciało. Pamiętam, że była to zupełna partyzantka. Tak naprawdę zgubiliśmy się z Markiem już w samym Dakarze. Nie mogliśmy znaleźć rampy startowej i przez dobre kilkadziesiąt minut błądziliśmy po mieście, pytając ludzi, gdzie mamy jechać – opowiada Dąbrowski. – Wszystkiego w tym rajdzie nauczyliśmy się sami. Pamiętam, że na początku nie potrafiliśmy nawet obsługiwać GPS. To była zupełnie inna nawigacja niż ta, której używa się w samochodach. Nikt nam niczego nie pokazał, do wszystkiego musieliśmy dojść sami – dodaje Czachor.
Może właśnie dzięki temu Czachor uważany jest za jednego z najlepszych nawigatorów w Dakarze. Kiedy razem z Dąbrowskim postanowili porzucić jednoślad i przesiąść się do samochodu, nie było nawet chwili dyskusji, kto będzie prowadził, a kto mówił, gdzie jechać. – Jacek jest naprawdę fantastyczny w tym, co robi. Opowiem pewną historię, która przytrafiła się nam w trakcie pierwszego wspólnego Dakaru. Podczas jednego z oesów przecinaliśmy niewielką rzeczkę, ale zdziwiło nas, że poza naszymi są jeszcze tylko dwa ślady po kołach innych aut. Powiedziałem Jackowi, że pewnie pomyliliśmy drogę. Okazało się, że on wybrał tak znakomitą trasę, iż faktycznie byliśmy w tym momencie na trzecim miejscu – wspomina Dąbrowski.
Przed rokiem nie pojechali razem. Kilka dni przed wylotem do Ameryki Południowej Czachorowi zmarło dziecko. O ściganiu się po pustyni nie było mowy. Dąbrowski też miał wielkie problemy, żeby się po tym pozbierać. Obaj znają się ponad 25 lat. Spędzili ze sobą mnóstwo czasu. Ostatecznie Dąbrowski pojechał na Dakar. W ostatniej chwili jego pilotem został Mark Powell. – O dobrym wyniku nie było mowy. Sam byłem rozbity psychicznie po tej tragedii. Do tego z Markiem w ogóle się nie znaliśmy, a w takiej sytuacji nie da się odnosić sukcesów – dodaje Dąbrowski. Ostatecznie dojechał do mety na 23. miejscu.
W przyszłorocznej edycji taka pozycja byłaby wielkim rozczarowaniem. – Jedziemy tam cisnąć, ile fabryka dała. Marzymy o wygranej, ale takie marzenia ma wiele ekip – zdradza Czachor. – Jacek jest bardzo wymagający jako pilot. Na pewno nie da mi odetchnąć za kierownicą. Ale nie wyobrażam sobie jazdy z kimś innym. Kiedy on jest obok mnie, wiem, że mogę skoncentrować się tylko na jeździe samochodem i słuchaniu jego poleceń – chwali swojego kolegę Dąbrowski.
Małysz na start
Przed rokiem Dąbrowski był jedynym Polakiem z Orlen Teamu, który dojechał samochodem. Adamowi Małyszowi już na drugim etapie spalił się samochód i nie ukończył rajdu. Teraz ma być dużo lepiej. Dla byłego skoczka narciarskiego będzie to czwarta próba w najtrudniejszym rajdzie świata. – Adam nie jest kierowcą rajdowym, tylko sportowcem. Ma to swoje zalety, bo jest w nim niesamowita chęć ciągłej pracy nad sobą. Posiada ogromny potencjał i widać, że ma jeszcze rezerwy, aby jeździć szybciej niż do tej pory. Myślę, że w ciągu trzech lat może być w pierwszej piątce najszybszych kierowców – mówi Xavier Panserii, który w poprzedniej edycji był pilotem Krzysztofa Hołowczyca. „Hołek” zajął wówczas znakomite trzecie miejsce.
Cenne doświadczenie
Sporo niewiadomych niesie ze sobą start Jakuba Przygońskiego. To otrzaskany na Dakarze motocyklista, ale teraz przesiadł się do samochodu. – Na Dakarze zadebiutuję jako kierowca, ale mam już duże doświadczenie z motocykla. Postaram się to wykorzystać, choć wiem, że czeka mnie sporo improwizacji. Motor zachowuje się zupełnie inaczej na pustyni niż samochód. Inne są techniki przejazdu przez wydmy, a w niektórych sytuacjach jest tak, że gdy jedziesz motorem, to wciskasz hamulec, a za „kółkiem” dodajesz gazu – opowiada.
Do wspomnianych trzech załóg trzeba dodać jeszcze motocyklistę Jakuba Piątka, z kolei Rafał Sonik będzie chciał potwierdzić swoją dominację na quadzie. Przed rokiem wygrał z blisko trzygodzinną przewagą nad Argentyńczykiem Jeremiasem Gonzalezem Feriolim.
 
Artykuł przygotowany przez redakcję we współpracy z Orlen Team.
Autor: 
Tomasz Hamrat/Gazeta Polska