Błotolubny

W miniony weekend miałem okazję wraz z panem Andrzejem, instruktorem survivalu, wędrować po bagnach. Najpierw ścięliśmy długie, sprężyste kije, które w razie czego miały nam pomóc wydostać się z błocka.

Jednym końcem badaliśmy teren, a gdyby okazało się, że jednak nas wessie, wtedy trzymany prostopadle do kierunku marszu kij miał nas wybawić z opresji. Niestety, nie mieliśmy skutecznego antidotum na komary, końskie muchy i meszki. Podczas gdy my badaliśmy wyszkowskie błota, one dokładnie i systematycznie eksplorowały nasze ciała. Pan Andrzej poradził mi, żebym się nie drapał, gdy swędzi, a po wyprawie wykąpał się w gorącej wodzie, co też uczyniłem. Nie pomogło.
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: