W poszukiwaniu autentyczności. Serce wolności „Witka z ulicy”...

Od wielu lat brakowało mi w polskiej muzyce kogoś, z kim mógłbym się utożsamiać, utworów, z którymi mogłeś iść przez życie… – z Witkiem Mikołajczukiem, znanym jako „Witek z ulicy”, rozmawia Magdalena Piejko

Legenda miejska mówi, że zanim trafiłeś ze swoimi piosenkami na ulicę, pracowałeś w korporacji. Jak to wyglądało naprawdę?
Ludzie to trochę upraszczają, bo to fajnie brzmi, rzeczywistość wygląda nieco inaczej. To nie jest tak, że pracowałem np. w „Mordorze” na ulicy Domaniewskiej, zamknięty jak typowy „korpo- szczur”, który ma kartę i musi ją codziennie o 8 rano odbijać. Byłem dość wolnym przedsiębiorcą. Robiłem jednak coś, czego nie
[pozostało do przeczytania 84% tekstu]
Dostęp do artykułów: